Światło, które utraciliśmy – Jill Santopolo. Różne rodzaje miłości

Recenzentki Książek

Powieść Jill Santopolo przeczytałam w jedną noc. Skończyłam nad ranem, płacząc jak bóbr i nie mogąc zasnąć przez następną godzinę. To książka, która zostawi Cię w rozsypce, po której trudno się otrząsnąć i ponownie sięgnąć po kolejną historię. Mocna, dojrzała, poruszająca do głębi. We współczesnych dziełach pełnych szablonowości, utartych schematów, papierowych bohaterów i sztucznych emocji – jest poza tym, wysoko nad pozycjami, które czytamy, aby zaraz o nich zapomnieć. W świecie wyrzekającym się miłości, pełnym indywidualizmu, gdzie najpierw myślimy o sobie, przegapiamy nasze życie – ta opowieść udowadnia jedno, prawdziwa miłość istnieje. Ale nie jest prosta.
Wydarzenia z 11 września 2001 roku połączyły wiele osób — w świetle tragedii chcieli poczuć trochę miłości i pocieszenia. To dzień, gdy Lucy i Gabe się poznali. Przez lata myśląc o sobie, wiedli spokojne życie, aż los ponownie ich złączył. Stali się parą, której każdy zazdrościł – kompletnie w siebie wpatrzeni, zakochani do szaleństwa. Nagle Gabe przyjął pracę jako reporter na Bliskim Wschodzie, gdzie wojna rozgorzała na dobre, a świat Lucy kompletnie się zawalił. Przez następne lata Lucy starała się poskładać na nowo, ułożyć sobie życie, jednak cały czas myślała o dawnej miłości. Jak skończyła się ich historia? Czy na końcu udało im się od nowa odnaleźć?
Końcówka całkowicie złamała mi serce. Autorka napisała autentyczną powieść o miłości, ale również o rozpaczy i stracie. Nie ma happy endu, bo nie jest to zwykły romans – to dojrzała, smutna powieść o decyzjach, wpływających na całe życie, o trudnych wyborach, straconych szansach. „Światło, które straciliśmy” odkrywa przed nami uczucia, które zakopujemy na dno własnych umysłów, bo są zbyt trudne i dotkliwe. Nieraz żałujemy wielu rzeczy, znajomości, za którymi tęsknimy, przegapionych miłości. Bez przesady mogę stwierdzić, że to najlepsza książka, jaką przeczytałam w tym roku.
Santopolo ukazuje to, czego nieraz brakuje mi w wielu powieściach – realną miłość, która jest piękna, ale również przerażająca i bolesna. Autorka opisuje prawdziwe życie, realnych bohaterów, popełniających błędy, mających wady i zalety. „Światło, które utraciliśmy” jest do bólu autentyczne. W tej historii możesz odnaleźć samego siebie i to jest właśnie najlepsze. Rodzina, przyjaciele, miłość, praca – autorka podkreśla ważne wartości, przemyca swoje opinie na temat związków, praw kobiet, równego podziału obowiązków domowych oraz tego, że słuchanie swojego partnera jest niesamowicie ważne.
Narratorką jest Lucy, jednak forma, w jakiej opowiada swoją historię, przypomina trochę list – jego adresatem jest Gabe. Bohaterka zadaje mu pytania, przywołuje wydarzenia z ich życia oraz z momentów, gdy jego przy niej nie było. Pozwala nam go poznać, zastanowić się nad tym, co by je odpowiedział. Udowadnia, że zna go na wylot – razem z jego najgorszymi wadami. To bardzo ciekawy zabieg i przyznam, że świetnie czytało mi się książkę napisaną właśnie w ten sposób. Rozdziały są krótkie, każdy ma w sobie to „coś” i zawiera pewien etap życia bohaterki. W każdym zdaniu jest wiele melancholii i tęsknoty, co wywołuje jeszcze większą gulę w gardle podczas czytania. Widać, że Lucy wszystko mocno przeżywa, dlatego książka pełna jest emocji – od samego początku do spektakularnego końca, gdy potrzebna jest góra chusteczek. Styl autorki jest oryginalny i wyjątkowy, sprawia, że powieść staje się osobista, niemal intymna – Lucy całkowicie się przed nami odkrywa, a właściwie przed swoim ukochanym.
Polecam z całego serca, to obowiązkowa książka dla każdej kobiety, która szuka wzruszającej i autentycznej historii. Przygotuje się na wiele łez i kaca książkowej na kolejne kilka tygodni. Wiecie, o czym teraz marzę? Żeby ktoś zdolny zdecydował się nakręcić ekranizację, bo to historia, którą zdecydowanie chciałabym zobaczyć na wielkim ekranie.
Ocena: 5/5
Gaba Rutana
Recenzja powstała przy współpracy z portalem,

Wydawnictwo Otwarte. Premiera: 5 lipca 2017. Gatunek: dramat, romans. Liczba stron: 304.



Love me never, Sara Wolf. Bo to zła książka była!

Recenzentki Książek

Moja pierwsza myśl po przeczytaniu powieści Sary Wolf brzmi: coś tutaj nie wyszło. Książka odniosła sukces na portalu Gooodreads, jednak niestety nie udało mi się odkryć jej potencjału. Schemat goni schemat, jest trochę irytująco, sztucznie i dziwnie. Lubię książki młodzieżowe i często po nie sięgam. „Love me Never” ma swoje plusy, ale zostają one zepchnięte na bok i nie przebijają się przez dłuższą listę minusów.
Isis Blake od ponad trzech lat w nikim się nie zakochała. Gdy przeprowadza się do nowego miasta, poznaje Jacka, który w szkole otrzymał przydomek Lodowy Książę nie bez powodu. Gdy Jack doprowadza do płaczu przyjaciółkę Isis, ta postanawia wpłynąć na chłopaka.
Po pierwsze, bohaterowie wykreowani są niczym kalka z wszystkich znanych mi książek młodzieżowych i filmów dla nastolatków. Miało być oryginalnie i buntowniczo – pyskata dziewczyna, która nikomu nie odpuszcza. Wolf stworzyła banalne postaci, zachowujące się w sposób nienaturalny, przejaskrawiony i wyolbrzymiony. Nie potrafię wskazać ani jednego bohatera, którego mogłabym polubić. Autorka postanowiła wepchnąć wszystkie wątki w jedną powieść – jest zimny, niemal okrutny, ale zarazem niesamowicie przystojny bohater męski, za którym gonią wszystkie dziewczyny, ale jego mroczna tajemnica i intrygująca przeszłość nie pozwalają mu się z nikim związać. Jest też ona – zraniona nastolatka z problemami, opiekująca się całym domem, ale znajdująca również czas na bycie wybitnie inteligentną uczennicą, w przerwach chodzącą na imprezy.
Styl jest niechlujny i niedopracowany. Autorka posługuje się potocznym językiem, wprowadzając również nienaturalne i długie dialogi, stylizowane na inteligentne, sarkastyczne pogawędki nastolatków. Główna bohaterka ma specyficzne poczucie humoru, które przyznam, na początku mi się podobało, ale Wolf w pewnym momencie przesadziła. W dodatku brzmiały bardzo sztucznie – spróbujcie przeczytać na głos jeden z dialogów, a przekonacie się sami. Tyle akcji w tak cienkiej książce! Nie można nadążyć za rozwojem wydarzeń. Bohaterka ekspresowo zadomowiła się w nowym miejscu i przez swoje specyficzne zachowanie od razu stała się popularna. Końcówka była tak banalna, jak w operze mydlanej.
Mam wrażenie, że Wolf chciała zrobić z Isis typowego nerda. Jednak nie jest to takie proste. Bardzo łatwo popaść w efekt przeciwny do zamierzonego i zamiast dowcipnego, ciekawego bohatera – stworzyć karykaturę postaci, gubiąc jej naturalność i autentyczność. Gdy przekroczy się tę granicę, postać już tylko irytuje, zachowując się nieracjonalnie, dziecinnie i po prostu dziwnie.
Autorka przedstawiła trudne tematy – przemocy, wykorzystywania seksualnego, oceniania przez pryzmat wyglądu. W powieści na tego rodzaju motywach można zbudować całą emocjonalność fabuły, skłonić czytelników do refleksji, wywołać łzy. Wolf niestety nie wykorzystała potencjału tkwiącego w „Love me Never”. Kilka wątków nie ma uzasadnienia, występują tylko po to, bo pasuje, aby bohaterka nie miała za dobrze w życiu, dodatkowo dorośli zachowują się wyjątkowo nieodpowiedzialnie, a historia poprowadzona jest bardzo chaotycznie.
Może „Love me Never” spodoba się młodszej młodzieży. Starszym czytelnikom nie polecam – ze względu na infantylnych bohaterów, schematyczną fabułę i niedopracowany styl. Trochę się zawiodłam, ale gatunek powieści młodzieżowej jest dosyć grząskim gruntem – często można trafić na książki, których historie coś nam przypominają – są to motywy zaczerpnięte właśnie z innych pozycji. „Love me Never” to przesyt wątków, które się powtarzają i niczym nie zaskakują. 
Ocena: 0,5/5 
Recenzja: Gaba Rutana 
Recenzja powstała przy współpracy z portalem

Premiera: marzec 2017, Wydawnictwo: Amber, Gatunek: Młodzieżowa. 


Książka jako podkładka pod kawę? A kto mi zabroni?!

Recenzentki Książek

O jacie! Ona zagina rogi w książkach! Nie jest prawdziwym czytelnikiem! Tutaj jest... plama? Mój Boże, na książce jest PLAMA?
Mam zadbane książki – nie są zakurzone, pobrudzone lub pogniecione. Na niektórych widać, że czytałam je po kilka razy. Uważam, że tego rodzaju urazy powinny nosić z dumą, w końcu świadczą o tym, że są naprawdę dobre. Gdy czytam książę, to ciągnę ją ze sobą wszędzie. I wówczas, zaginam rogi, czasem robi mi ona za podkładkę pod kawę, zabijam nią komary lub muchy, gdy pod ręką nie ma łapki, czytam ją, gdy akurat jem oraz nagminnie noszę ją w torebce, co wiecie, jakie może mieć skutki. Przyznaję się, nie jestem czytelnikiem roku. No i co z tego?
Wkurzają mnie artykuły: nie dbasz o książki! Jesteś potworem! Ostatnio natrafiłam na tekst, który porusza temat niszczenia książek. Wskazuje on osoby, które nigdy nie przeczytały książki i oczywiście, nagminnie je niszczą oraz na wiernych czytelników, uważających książki za świętość, nigdy, PRZENIGDY niezdolnych do zniszczenia jakiejkolwiek książki. Cóż, chciałabym podnieść rękę i wnieść protest. Autorka artykułu podkreśla, że prawdziwy czytelnik nigdy nie powinien niszczyć książek. Hm, właśnie popijam sobie filiżankę kawy i o zgrozo, kładę ją na okładce książki! Zostaję wywalona, nie, wygnana z klubu dla świętych i przykładnych czytelników. Co ja teraz zrobię?
Byłam kiedyś w domu osoby, która ma mnóstwo książek. W salonie, korytarzu i sypialni. Nie czyta ich – pełnią funkcję dekoracji i mają sztucznie podnosić jej inteligencję. Książki są wspaniałe, okładki błyszczą się od nowości i... nieużywania. Nikt w tym domu nie niszczy książek. Może dlatego, że nikt ich NIE CZYTA.
Czasem niszczę książki – bo wiem, że lubię czytać, gdy jem czy piję kawę. Noszę je w torebce, bo kto wie, może akurat znajdzie się trochę czasu na czytanie. Ok, zabijanie komarów jest głupie, ale kto nie został obudzony o trzeciej w nocy irytującym bzyczeniem i nie ukatrupił intruza przy pomocy tego, co akurat leżało przy jego poduszce? Niektóre egzemplarze wertuję po kilka razy, pożyczam znajomym, widać więc ślady użytkowania, przetarte strony. Nie martwię się, że to jakaś oznaka tego, że jestem niechlujem. Dbam o książki, ale nie robię aż takiej afery z zagiętego rogu czy małej plamie po kawie. Nie chcę mieć obsesji, pisać tekstów „NIE JESTEŚ PRAWDZIWYM CZYTELNIKIEM, JEŚLI,,,”! Ludzie i tak mało czytają. Po co ich straszyć takimi artykułami?
Przyznajcie się, że czasem też to robicie. To nic złego. Tak naprawdę książki są dla nas – mają sprawiać nam przyjemność, przenosić nas do innego świata i ukazywać nowe sposoby myślenia. Jeśli przy okazji postawimy sobie na nich kubek kawy, to nic się nie stanie. Ważne, żeby tej kawy nie rozlać – szkoda napoju i książki. Nie bądźmy tacy sztywni! Jeśli czytacie, to znaczy, że nie jesteście w stanie sprawić, że książka będzie wyglądała idealnie. Bo to oznaka tego, że leży na półce i... staje się podkładką na kurz.

Pozdrawiam wszystkich, którzy mają gdzieś zasady i razem ze mną wypadają z klubu „PRAWDZIWYCH CZYTELNIKÓW”! ;)
Gaba Rutana 

Zdrajca tronu, Alwyn Hamilton – Niebieskooka Bandytka powraca!

Recenzentki Książek

Prawdziwa akcja dopiero się zaczyna! Alwyn Hamilton sprawiła, że zakochałam się w Niebieskookiej Bandytce na nowo – drugi tom wciąga od pierwszej strony, zaskakuje i dostarcza nowych opowieści o magicznych istotach pustyni. Rewolucja zaczęła się na całego i wymaga poświęceń – Amani staje się jej kluczowym graczem oraz legendą, którą zaczyna ją przerastać. Przygotuj się na dużą dawkę emocji, pałacowych intryg oraz prawdziwej walki. Zaczniesz czytać i całkowicie przepadniesz w bezkresie pustyni i krętych pałacowych korytarzach!
Amani marzyła o wyrwaniu się z dusznego Dustwalk. Udało jej się – poznała Jina i... stała się częścią rewolucji przeciwko władzy Sułtana. Walczy o wolną pustynię, jednak nie spodziewa się, że będzie to aż tak trudne. Zostaje sprzedana do pałacu sułtańskiego i nagle jej wróg jest przerażająco blisko. Niebieskooka Bandytka jednak nigdy się nie poddaje – chce obalić Sułtana. Czy jej się uda? A może wpadnie w niebezpieczną pułapkę?
Jeden minus na wstępie. Zdecydowanie zbyt mało Jina! Naprawdę, Hamilton musi mi to wynagrodzić w trzeciej części. Uwielbiam go, jego temperament, poczucie humoru, zawadiacki uśmieszek i tendencję wpadania w kłopoty. Postać Jina pojawia się na początku książki i niestety dopiero na końcu. To straszne, pozbawiać nas towarzystwa tak uroczego bohatera! Poważnie, fabuła wiele przez to straciła. Autorka wzbudziła mój niepokój, gdy zastanawiałam się, co dokładnie dzieje się z Jinem, ale przede wszystkim wywołała u mnie wewnętrzny krzyk – KIEDY POJAWI SIĘ JIN?
A teraz przejdę do Amani. Mam wrażenie, że ona mniej rozpaczała po stracie Jina, niż ja – zwykły czytelnik. Wybaczam jej jednak ten błąd, bo z drugiej strony widać, że Hamilton buduje bohaterkę, która potrafi poradzić sobie sama i nie jest egzaltowaną księżniczką, czekającą na wybawiciela. To główna członkini ruchu oporu, ponosząca rany, gotowa do poświęceń, z głową pełną planów i determinacji. Lubią ją i nie – w tej części było kilka momentów, gdy denerwowała mnie postawa Amani. Z drugiej strony widzę jednak, że pisarka wkłada w tę postać dużo pracy, zmienia ją i kształtuję w kobietę, która przeszła kilka bitew i nagle musi być gotowa do wojny. Popełnia błędy, wciąż umyka jej sporo szczegółów, nie jest idealna – i dobrze, dzięki temu jest autentyczna. Co jeszcze muszę przyznać, Hamilton ponownie udowadnia, że Amani nie może wszystkich uratować – to nie ten rodzaj powieści, gdzie bohaterka zawsze staje na wysokości zadania i wyciąga każdy beznadziejny przypadek z ramion śmieci. Co więcej, bohaterka zaczyna odrywać swoją prawdziwą tożsamość, poznaje historię swojej matki oraz ojca.
Amani przez większość książki jest manipulowana, a my wraz z nią – jej pobyt w pałacu z jednej strony jest bardzo ciekawy, ale z drugiej strony brakowało mi dreszczyku emocji z przygód, które Amani i Jin przeżyli na pustyni. Jedno jest pewne, Jin dopełniał postać Amani i bez niego bohaterka stała się trochę nijaka. W sułtańskim pałacu liczy się dyskrecja, każdy gest i słowo. Autorka wprowadziła nowy element do książki – pałac ukazuje nam drugą stronę rewolucji, postać obecnego Sułtana, który całkowicie mnie zaskoczył. Jego relacja z Amani jest co najmniej specyficzna, potrafią rozmawiać jak starzy przyjaciele, aby zaraz wbić sobie nóż w plecy. Końcówka całkowicie zabija i pozbawia tchu. Hamilton zdecydowanie wie, jak napisać trzymające w napięciu zakończenie. 
Podoba mi się wprowadzenie jeszcze większej ilości magii, Dżinów, Półdżinów i pradawnych opowieści z pustyni. Nadaje to serii mistycyzmu i oryginalności. Jest klimatycznie, niczym z historii o Aladynie – Hamilton sięga po tematykę prosto z baśni, dodając jej charakteru, dynamiki, humoru i emocji.
Okładki całej serii są obłędne! Przepięknie wyglądają, błyszczą się, przyciągają kolorami i zawierają w sobie cały klimat historii snutej przez autorkę. To jedne z najładniej wydanych powieści w tym roku.
Już nie mogę się doczekać kolejnej części, którą prawdopodobnie będziemy mogli przeczytać dopiero w 2018 roku. Czy wytrzymam? Nie mam wyjścia, ale będę tęsknić za przygodami Amani i jej przyjaciół. 
Ocena: 3,5
Recenzja: Gaba Rutana
Za możliwość przeczytania książki dziękuję, 
Premiera: 30 czerwca
Gatunek: fantasty
Seria: "Buntowniczka z pustyni", tom #2
Piękny gif z tego bloga

Zew Księżyca, Patricia Briggs - Tańcz, kiedy śpiewa księżyc!

Recenzentki Książek

Popularna seria „Obca Krew” o Mercedes Thompson doczekała się już wielu tomów, a obecnie Wydawnictwo Fabryka Słów postanowiło ją wznowić. I dawno nic mnie tak nie ucieszyło! To świetna wiadomość dla wszystkich fanów klimatycznie ukazanego świata Mercedes – przybierającej postać kojota mechanik, z ciętym językiem i kręcącym się wokół niej stadem walczących o dominację wilkołaków. Nawinie się również jakiś wampir, gremlin czy nawet czarownica. Prawdziwa dawka emocji, akcji i fantastycznej atmosfery! Patricia Briggs wie, jak wciągnąć czytelnika. To moja ulubiona autorka, jeśli chodzi o kreację wilkołaków, ich polityki, stylu życia i zasad, które przestrzegają. Mocna, dynamiczna, pełna świetnego poczucia humoru i postaci, których od razu się uwielbia. A co najlepsze, to dopiero zapowiedź dalszych przygód bohaterki!
Jak zaczynają się losy Mercedes? Od warkotu silnika... i zbłąkanego wilkołaka. Mercedes jest kobietą, która nie boi się smaru i niebezpiecznych istot. Za sąsiada ma przystojnego wilkołaka, naprawia furgonetkę wampira, a sama jest kojotem. Gdy córka Adama, charyzmatycznego alfy, zostaje porwana, a on sam ranny, Mercedes rusza na pomoc i zostaje uwikłana w pełną adrenaliny akcję poszukiwawczą.
Nazwana „mroczne urban fantasty”, książka Briggs z pewnością zachwyci każdego fana fantastycznych istot. Największą zaletą serii jest nie tylko przedstawiony świat, ale przede wszystkim pełnokrwiści, oryginalni bohaterowie. Każdy z nich jest indywidualnością, wyróżniającą się na tle innych – mam tutaj na myśli główne postaci, jak i poboczne, które pojawiają się od czasu do czasu, a i tak wzbudzają zaciekawienie. Jest wyraziście, ostro i bez przerwy coś się dzieje. Akcja od pierwszego rozdziału wskakuje na wysokie obroty i nie zwalnia do samego końca.
Z reguły tego rodzaju powieści krążą wokół utartych schematów, a więc pojawia się zlękniona bohaterka, która nagle wkracza w paranienormalny świat, później ku własnemu zdziwieniu staje się wojowniczką i przeżywa płomienny romans. Tutaj jest inaczej – Mercedes nie potrzebuje rycerza na białym koniu, sama potrafi się obronić. Historia zaskakuje, jest niesamowicie oryginalna i tworzy spójną całość. Jeśli znacie inne książki tej autorki, jak „Alfa i Omega”, to wiecie, że przewijają się w nich bohaterowie, których poznajemy w serii o Mercedes. Widać, że pisarka pokochała wykreowany przez siebie świat – pełen wilkołaków i innych stworzeń, dlatego też nieprzerwanie go rozwija i wydaje kolejne powieści.
Będąc przy tym temacie, muszę przyznać, że dawno nie poznałam tak ciekawie i kreatywnie wymyślonego uniwersum. Briggs wplotła fantastyczny świat w naszą rzeczywistość, sprawiając, że fabuła stała się autentyczna i jeszcze bardziej atrakcyjna. Autorka nie skupia się tylko na wilkołakach, ale w książkach pojawia się wiele innych gatunków stworzeń. Co więcej, nie zostały one ukazane z przesadą i kiczem. Briggs pokusiła się o wymyślenie historii i całej otoczki wokół każdego bohatera – może nie zrobiła tego od razu w pierwszym tomie, ale jeśli będziecie czytać kolejne, to zauważycie, jak wiele informacji zostało przemycone.
„Zew księżyca” wprowadza nas do codzienności Mercedes, która cały czas pakuje się w nowe kłopoty. A może to one jej szukają? Głównym motywem książek Briggs jest jakaś zagadka do wyjaśnienia, pod tym względem można porównać je do kryminałów, w których bohaterowie łączą fakty i szukają rozwiązania. Jednak są tematy będące pewną stałą – jest to życie uczuciowe Mercedes, jej relacje z przyjaciółmi i przybraną rodziną. Briggs skomplikowała wątek romantyczny i rzuciła swoją bohaterkę pomiędzy dwóch dominujących samców alfa. Dzieje się, oj dzieje!
Styl autorki jest trochę do dopracowania – miejscami miałam wrażenie, że w dynamiczne, najeżone akcją fragmenty wkradał się chaos i niepotrzebne zamieszanie. W scenach kulminacyjnych, gdy pojawia się dużo postaci, walka czy ucieczka – trzeba skupić się podczas czytania, żeby zachować pewną chronologię wydarzeń i zrozumieć, co dokładnie się stało. Podoba mi się poczucie humoru pisarki i sposób, w jaki buduje niektóre momenty – czasami pojawia się fajne napięcie, sprawiające, że z niecierpliwością wyczekujemy na reakcje postaci. Odnosi się to w szczególności do porywczego zachowania wilkołaków, których łatwo sprowokować.
Briggs stworzyła serię, mającą swój specyficzny klimat – od oryginalnych bohaterów przez ciekawe uniwersum, po genialnie ukazanych wilkołaków. Mercedes to postać kobieca, która wyróżnia się na tle innych – potrafi postawić na swoim, ma dominującą osobowość i świetnie odnajduje się w skomplikowanym świecie wilkołaków.
Jedno przyznam, okładka nie wyszła - jest dziwna, toporna i niesmaczna. Kolejne są zdecydowanie lepsze, ta niestety wygląda... niefajnie. 
Jeśli lubicie oryginalne i niebanalne urban fantasty, wilkołaki i długie serie, składające się na kilkanaście części – to koniecznie sięgnijcie po „Zew księżyca”! Obiecuję, że razem z pierwszym tomem zupełnie przepadniecie i od razu będziecie chcieli kolejnego. 
Ocena: 3,5/5
Recenzja: Gaba Rutana
Recenzja powstała przy współpracy z portalem:
Wydawnictwo: Fabryka Słów 
Gatunek: Urban Fantasty
Nowe wydanie, tom #1
Następny tom: "Więzy krwi". 

Zapach domów innych ludzi - Bonnie-Sue Hitchcock. Cztery poruszające historie prosto z mroźnej Alaski

Recenzentki Książek

Zaczęło się o samego tytułu – innego, poetyckiego i mającego w sobie to „coś”. Okazało się, że intuicja mnie nie zawiodła. To niezwykle wyrazista i oryginalna powieść. „Zapach domów innych ludzi” przenosi nas w odległe miejsca, pozwala poczuć ich klimat, emocje i specyfikę zimnej Alaski. Autorka opisuje prawdziwe życie, pełne ukrytego bólu, goryczy, ale i ciepła oraz miłości. Przed czytaniem przygotujcie chusteczki!
Ruth zakochuje się w nieodpowiedniej osobie i musi zmierzyć się z konsekwencjami młodzieńczej miłości. Dora pragnie prawdziwej rodziny i spokoju. Wie, że nigdy nie przestanie się bać swojego ojca – ten niepokój będzie towarzyszył jej do końca życia. Alyce kocha balet, ale ma swoje zobowiązania. Hank jest głową rodziny, która się rozpada. Razem z braćmi ucieka z domu i gdy wydaje mu się, że wszystko się ułoży, jeden z nich wpada w poważne tarapaty i oddziela się od grupy.
Każdy czytelnik uwielbia zapach nowej książki. A co powiesz o powieści, pozwalającej poczuć wykreowany świat? Największe wrażenie zrobiły na mnie plastyczne opisy prostych czynności, które miały w sobie pewną magią – czytając tę pozycję, poczujesz mocną woń krwi, morza, cedru, łososia, wody kolońskiej, bawełnianej koszuli, pięknych lilii w butelce po whisky i używanych ciuchów. Intensywność tych chwil i wspomnień buduje subtelną atmosferę książki, która niesamowicie komponuje się z surowym klimatem Alaski.
Fabuła to mieszanka różnych perspektyw – autorka postawiła na narrację pierwszoosobową. Historia opowiadana jest przez Ruth, Dorę, Alyce i Hanka. Cztery opowieści, które w pewnym momencie się łączą. Pierwsze rozdziały są pewnego rodzaju wstępem i ukazaniem tego, jak jeden moment może zmienić życie wielu osób. Następnie historia przenosi się kilka lat do przodu. Hitchcock stworzyła refleksyjny klimat miejsca niemal z bajki, nieznanego lądu, z inną kulturą, obyczajami i środowiskiem, które z jednej strony jest brutalne i oziębłe, ale z drugiej nie aż tak skażone współczesnością. Autorka postawiła na ważne wartości, jak rodzina czy przyjaźń. Bohaterowie walczą z niesprawiedliwością życia, dokonują trudnych wyborów, mierzą się z własnymi demonami i doceniają zwykłą ludzką życzliwość oraz drobne gesty – to one pozwalają im przetrwać.
Hitchcock z łatwością przybliża Alaskę z lat 70. i styl życia tamtejszej społeczności. To całkiem inny typ powieści młodzieżowej – nikt tam nie jest bogaty, ładnie ubrany i popularny. Hitchcock opowiada o mieszkańcach mroźnych terenów, gdzie czas oblicza się zgodnie z sezonem na połów ryb. Śliczne dziewczyny muszą spędzać lato na obcinaniu głów łososi. To świat ludzi zamkniętych w sobie, ukrywających swoje uczucia i marzenia, jednak zdolnych do wielkich czynów i odważnych decyzji. Pisarka podkreśla ich problemy – przywołuje walkę o zachowanie statusu terytorium Alaski (obecnie jest ona stanem) i całkiem inne podejście do polowań, jak i zróżnicowanie etniczne tamtejszych terenów oraz wiążące się z tym konflikty. Przedstawia zimne podejście do życia, specyficzne obyczaje i przesądy oraz tragiczne sytuacje życiowe postaci. Bohaterowie mimo wszystko doświadczają takich samych emocji, jak i my – dlatego powieść Hitchcock jest tak szczera, bliska i do bólu autentyczna.
Pierwotnie miał to być zbiór opowiadań, jednak autorka po namowach swojego wydawcy zmieniła zdanie. To książka nie tylko dla młodzieży, spokojnie może przeczytać ją dorosły czytelnik i tak samo wciągnąć się w opowieści prosto z Alaski.

Warto! Dla klimatu, oryginalnego tła fabuły i poruszających historii bohaterów. To jeden z najbardziej zaskakująco dobrych debiutów. Pozostaje stwierdzić – oby więcej takich książek, rozpalających serca i dających prawdziwe emocje!
Ocena: 4,5/5
Recenzja: Gaba Rutana
Recenzja powstała przy współpracy z portalem, 

Wydawnictwo Jaguar
Premiera: marzec 2017
Powieść młodzieżowa

Jakiej książki NIE kupuj swojej Mamie na Dzień Mamy – TOP!

Recenzentki Książek

W sieci znajdziecie pełno poradników typu „Top książek na Dzień Mamy”. Dlaczego by nie podejść do tego tematu na opak? Przedstawiam Wam zestawienie książek, które absolutnie NIE możecie kupić swojej Mamie.
Uwaga, do przeczytania tego zestawienia potrzebne jest poczucie humoru i dystans.
„Zostaw mnie” Gayle Forman – zaczynam od niby spokojnej obyczajówki w sam raz dla kobiet. Z naciskiem na niby, bo główna bohaterka ostatniej powieści Forman postanawia zerwać z byciem mamą, żoną i – ucieka z domu. Z jednej strony się jej nie dziwię, mąż, który nie pomaga i dwójka rozwrzeszczanych, małych chłopców. Z drugiej strony, jeśli nie chcecie, aby Wasza Mama wybyła z domu, to lepiej nie kupujcie jej tej książki. Chyba że potrzebuje poczuć w sobie feministkę i zrobić małą rewolucję w podziale obowiązków – wtedy całkowicie popieram!
„Hannibal” Thomas Harris – po pierwsze, nie przyprawiajcie Mamy o zawał poprzez książki o kanibalizmie. Po drugie, chyba nie chcecie na obiad czyjejś śledziony lub innych pyszności?
„Sekretne życie jelit. 21 sposobów na zdrowe odżywianie” D. Colbert, J. Maccaro, Ch. Calbom – tak odnośnie do książki wyżej i serio, dajcie sobie spokój z pozycjami o zdrowym odżywianiu. Wiem, że obecnie to popularny temat, trzeba jeść zdrowo, dbać o siebie, bla bla. Wasza Mama, dostając taką książkę, pomyśli jak każda kobieta: a) że jest gruba i b) że źle wygląda.
„Kobiety” Charles Bukowski – uwielbiam Bukowskiego, bo nie tylko trafnie opisuje rzeczywistość, ale robi to bezpośrednio i bez znieczulenia. Jednak... czy Twoja Mama chce czytać książkę, która zaczyna się takim zdaniem: Miałem pięćdziesiątkę na karku i od czterech lat nie byłem w łóżku z kobietą. Nie miałem żadnych przyjaciółek. Kobiety widywałem jedynie na ulicy lub w innych miejscach publicznych, lecz patrzyłem na nie bez pożądania, z poczuciem, że nic z tego nie będzie. Onanizowałem się regularnie, ale myśl o jakimkolwiek związku z kobietą - nawet nie opartym na seksie - była mi obca.? Nie tylko wyjdziesz na zboczeńca, ale i dostaniesz zakaz na wieczorne wyjścia do końca życia.
„Pamiętnik narkomanki” Barbary Rosiak – chyba nie potrzebujecie zmartwionych spojrzeń przez następny miesiąc, sprawdzania szafek, szukania śladów po igłach i wzmożonej kontroli? Albo od razu zabukujcie sobie wizytę u psychoterapeuty, bo po takim prezencie na pewno tam traficie.
„Jak przejąć kontrolę nad światem nie wychodząc z domu” Doroty Masłowskiej – Mama, która rządzi światem? A kiedy znalazłaby w tym całym rządzeniu czas dla Ciebie? Właśnie. Uważaj co kupujesz, bo przypadkiem możesz wywołać globalną rewolucję. Chociaż może to nie taki zły pomysł...! 
„Już mnie nie oszukasz” Coben Harlangdzie byłaś? A u koleżanki. Sesja zdana? Jaasne. Takie małe, niewinne kłamstewka. Wnioski nasuwają się same.
Najważniejsze, nie kupujcie jej książki pod siebie. Dawanie komuś prezentu, abyśmy później mogli z niego skorzystać to egoizm w najczystszej postaci. Bądźcie kulturalni. Sprawdźcie jakie pozycje czyta, który gatunek jest jej ulubionym. Zróbcie dobre rozeznanie, pobuszujcie w biblioteczce Mamy i 90 procent poszukiwań będziecie mieć załatwione!
Powodzenia! 
Gaba 

Buntowniczka z pustyni – Alwyn Hamilton. Magiczna pustynia, Dżiny i buntowniczka!

Recenzentki Książek

To chyba odpowiedź na moje życzenie – mocna książka z gatunku fantasty!
Dziewczyna z rewolwerem, poszukiwany obcokrajowiec i pustynia z dziwnymi, mitycznymi stworzeniami. Zaczęłam czytać tę książkę, bo po pierwsze – okładka jest obłędna i od razu mnie przyciągnęła, po drugie lubię, gdy bohaterki są zaradne i nie chowają się za facetami i po trzecie, opowieści o Dżinach, Sułtanie rządzącym pustynią i buntownikach to coś oryginalnego i nowego. Alwyn Hamilton popełniła świetną, wciągającą powieść z klimatem rodem z „Opowieści tysiąca i jednej nocy”. Dodam, że to jej debiut i początek serii – już jestem ciekawa dalszych przygód Niebieskookiej Bandytki i Węża ze Wschodu!
Mówi się, że pustynia nie zapomniała Dżinów, które wciąż gdzieś istnieją. Tyrania Sułtana powoli zabija pierwotną magię. Jedynie w osadzie Dustwalk nikt nie myśli o Dżinach. Oprócz Amani, która koniecznie chce się wyrwać z tego okropnego miejsca. Dziewczyna musi wydostać się z domu, gdzie rządzi nią wuj. Wierzy, że dzięki talentowi posługiwania się bronią zrealizuje swój plan. Podczas zawodów strzeleckich poznaje Jina – tajemniczego obcokrajowca. Amani opuszcza osadę – jednak okoliczności sprawiają, że jest ścigana przez armię Sułtana, a towarzyszy jej zbieg oskarżony o zdradę stanu. Czy może być gorzej?
Podoba mi się klimat „Buntowniczki z pustyni” – główna bohaterka nie narzeka, idzie do przodu i nieźle radzi sobie całkiem sama. Jin jest jej kompanem, ale tak naprawdę to kobiety są tutaj górą. Moja wewnętrzna feministka krzyczy z radości. Hamilton wprowadziła do powieści wiele postaci, które mimo beznadziejnej sytuacji mają siłę, determinację i odwagę. Ta powieść ma charyzmę, podobnie jak jej bohaterowie – dobrzy, jak i źli. Przyciągają, ciekawią, wywołują szybsze bicie serca i wiele emocji. Trzeba przyznać, że kultura, którą opisuje autorka, nie jest przyjaznym miejscem dla kobiet – są one traktowane jak osoby drugiej kategorii. Dlatego tym bardziej wielki ukłon w jej stronę za to, że ukazała inteligentne, przebiegłe, silne kobiety, które znają swoją wartość i są w stanie znaleźć wyjście nawet z najgorszej sytuacji.
Kolejną zaletą tej książki jest tło fabuły – opowieści o Dżinach, niebezpiecznej pustyni i jej magii oraz wielu malowniczych, inspirujących miejsc, odwiedzanych przez Amani lub opisywanych przez Jina. Zawsze byłam fanką nietypowych baśni, opowieści podobnych do tych o Aladynie i przypowieściach o odpowiedzialności za to, co sobie życzymy – autorka wykreowała uniwersum z wielkim potencjałem, bazując na tym, co znamy, ale równocześnie zaskakując i tworząc coś oryginalnego. Ta historia nie jest jednak banalna i przesadnie emocjonalna jak niektóre baśnie. Ma iskrę, zawadiacki humor i Amani, która zamiast pięknych strojów wybiera przebranie chłopaka i rewolwer.
Widać, że „Buntowniczka z pustyni” napisana została z pasją i prawdziwym powołaniem. Czasami książka ma po prostu „to coś”. To pierwszy tom, a więc wstęp do kolejnych przygód bohaterów, które pewnie będę jeszcze bardziej się rozkręcać. Genialne jest to czekanie i naprawdę rzadko się mi zdarza, że nie wiem czego dokładnie się spodziewać. Podobnie mam w przypadku serii „Czas Żniw” Samanthy Shannon.
Styl Hamilton jest lekki i dynamiczny – historia bardzo szybko się rozkręca i nie zwalnia tempa. Autorka funduje gwałtowne zwroty akcji, niektóre nawet mogą wywołać wzburzenie, euforię czy łzy! Hamilton nie gubi się w scenach walki czy ucieczki, fabuła jest przejrzysta i nie ma momentów, że nie wiemy, co dokładnie się wydarzyło. Jedyny mankament to trochę zbyt ogólnie ukazany świat, szczególnie gubiłam się na samym początku. Z drugiej strony pisarka tak poprowadziła historię, że Amani sama dopiero po jakimś czasie poznaje niektóre fakty – a jest ona naszą narratorką.
Jest i moja rekomendacja! :) 
Ta książka to prawdziwa torpeda i mam nadzieję, że zostanie doceniona przez fanów fantastyki. Nie jest to tylko powieść młodzieżowa, myślę, że wiele osób pokocha ten świat, dynamiczną akcję i bohaterkę z charakterem. Daj porwać się pustyni! Potrzebna Ci będzie — czerwona bandera, rewolwer, przystojny nieznajomy i męska koszula!
Ocena: 4,5

Recenzja: Gaba Rutana
Za możliwość przeczytania książki dziękuję,
Wydawnictwu Czwarta Strona

Zapowiedzi i nowości książkowe – czyli tak mało czasu, a tak dużo książek!

Recenzentki Książek

Moja półka pod stolikiem nocnym jest coraz bardziej zapełniona. To tam znajdują się książki, które muszę przeczytać (lub właśnie je czytam). Pewnie zauważyliście, że trochę się rozleniwiłam. Cóż, mogłabym czytać je zgodnie z chronologią ich dostarczenia. Tak powinno się robić. Tak postępują normalni ludzie. Ja wybieram bardziej chaotyczne podejście – gdy dostanę książkę, na którą długo czekałam, to nie mogę się powstrzymać, odkładam resztę i... czytam. To bardzo złe podejście, bo nagle niektóre książki wstrzymuję na kilka tygodni. I wydawnictwa są złe, ja jestem zła, ale ta pokusa! Jest silniejsza ode mnie!
No dobrze, przejdę do ciekawszych tematów, niż moje niezdrowe zwyczaje czytelnicze. Co dokładniej kryje się pod moim stolikiem?


Zacznę od powieści młodzieżowej, która na początku skusiła mnie okładką, a dopiero później opisem. „Głębia Challengera” to intrygująca historia Cadena Boscha, chłopaka żyjącego w dwóch światach. W jednym z nich jest bohaterem rejsu w stronę najgłębszego punktu na Ziemi, a w drugim dołącza do szkolnej drużyny lekkoatletycznej. Książka odkrywa tajemnice ludzkiego umysłu i porusza ważne tematy.
Dalej kolejna cudna okładka, czyli „Zapach domów innych ludzi” – poruszający debiute Bonnie-Sue Hitchcock. Książka skupia się na czwórce młodych ludzi, mieszkających na Alasce i szukających sensu życia.
Pustynny wiatr i dziewczyna z pistoletem! Od razu zakochałam się w „Buntowniczce z pustyni” – przeczytałam ją w wersji przedpremierowej, ale teraz tak bardzo kusi mnie, aby jeszcze raz zagłębić się w magiczną opowieść o Dżinach i przygodach dwójki wędrowców! Muszę jeszcze dodać, że to kolejna piękna okładka do kolekcji.
Następna powieść skupia się wokół rodzinnych problemów i dylematów moralnych. „Zdumiewający powrót Nory Wells” zapowiada dużą dawkę emocji. To opowieść o Norze, która opuściła swoją rodzinę. Po sześciu latach wraca i dowiaduje się, że jej miejsce zajęła Fay, kiedyś najlepsza przyjaciółka Nory. Fay zeszła się z jej mężem, a najmłodsza córka Nory zwraca się do niej – mamo. Może być ciekawie!
Kiedyś zaczęłam czytać „After”, ale znudziłam się gdzieś w okolicach drugiego tomu. Impulsywnie zamówiłam „Nothing more”, które opowiada o Landonie, jednym z bohaterów popularnej serii. Czy podołam i tym razem Anna Todd mnie nie zanudzi?
Prawdziwy miszmasz tematyczny. Kolejna pozycja to „Burka miłości” w nowym wydaniu. Bohaterką książki jest młoda Hiszpanka Maria, która związała się z przystojnym Afgańczykiem. Razem byli szczęśliwi, dopóki nie wyjechali do Afganistanu, gdzie życie Marii zmieniło się w koszmar. Rzadko sięgam po drastyczne książki, bo później długo je przeżywam, ale czasem po prostu trzeba przeczytać coś wartościowego.
„Nigdziebądź” i „Mity nordyckie” – właśnie jestem na końcówce historii o dziewczynie, której na imię Drzwi i Richardzie mającym nieustannego pecha. „Mity nordyckie” właśnie do mnie dotarły (to nowe wydanie jest cudne!) i zapowiadają książkę pełną przygód, nordyckich bogów oraz błyskotliwego poczucia humoru Neila Gaimana.
Nowe wydania podręczników z Hogwartu – to trzy magiczne książeczki, na które długo czekałam. „Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć”, „Baśnie Barda Beedle’a” i „Quidditch przez wieki”, czyli must have każdego fana Harry’ego Pottera!
„Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć” – oryginalny scenariusz, czytaj: Media Rodzina jeszcze bardziej mnie uszczęśliwia.
„Mroczna materia” Blake Crouch to powieść, którą zaczęłam czytać i utknęłam, ale czuję, że niedługo do niej wrócę! Mocny, skomplikowany thriller o podwójnym życiu Jasona – mężczyzna po utracie przytomności budzi się w całkiem nowym świecie, gdzie nie zna swojej żony, jego syn nawet się nie urodził, a on sam okazuje się geniuszem.
Czy Wy też od czasu do czasu pogrążacie w chaotycznym systemie czytania? Czy może Wasze książkowe życie jest nieco bardziej poukładane?

Pisała mocno zaczytana: Gaba Rutana

Najpierw mnie pocałuj - Lottie Moggach. Przybierając tożsamość samobójcy

Recenzentki Książek

Internet zawładnął naszym współczesnym światem – to tam rozgrywa się życie, jak i jest wszystko to, co popularne i pożądane. Przede wszystkim w sieci nie ma bariery, którą napotykamy w rzeczywistości, nie trzeba patrzeć ludziom w oczy, znosić krępujące rozmowy czy przejmować się wyglądem. Można być anonimowym. Wymyślenie nowej tożsamości nie jest problemem. Zrezygnowanie z nudnej rozmowy odbywa się poprzez jedno kliknięcie. To miejsce wielu kultur, stylów życia i poglądów na różne tematy. Jeśli nie jesteśmy w stanie odnaleźć się w naszym otoczeniu, to po co mamy się ograniczać? Internet daje nam olbrzymią przestrzeń do poznawania ludzi, którzy są do nas podobni, a wówczas uczucie wyobcowania znika – znajdujemy swoje miejsce na ziemi, gdzie chcemy wracać i wyrażać swoje opinie.
To spotkało Leilę. Po śmierci matki nie potrafiła zaaklimatyzować się w realnym życiu. Pragnęła kontaktu z kimś, kto ją zrozumie i z kim będzie mogła prowadzić konwersacje na poziomie. W ten sposób trafiła na Czerwoną Pigułkę. Nawiązała tam kontakt z niesamowitymi ludźmi oraz charyzmatycznym przywódcą portalu, Adrianem. Po jakimś czasie Leila została wybrana do skomplikowanej misji – miała udawać w wirtualnym świecie Tess, kobietę, która chciała popełnić samobójstwo, równocześnie oszczędzając bólu rodzinie. Czy Leila podołała zadaniu? I w którym momencie można stwierdzić, że normy społeczne zostały przekroczone?
Pamiętacie „Salę samobójców”? Ten film jako pierwszy pokazał naszemu społeczeństwu, jak szybko możliwe jest zatracenie się w sieci. „Najpierw mnie pocałuj” jest historią, którą z sukcesem można przenieść na wielki ekran. Dawno nie czytałam książki o czymś tak autentycznym i zarazem strasznym. To przejmująca powieść psychologiczna, która odgrywa przed nami tajemnice ludzkiego umysłu i tego, gdzie czasem mogą podążyć nasze myśli. Opis jest intrygujący, ale dopiero po wgłębieniu się w fabułę, widać wyraźną inteligencję i logikę płynącą ze zdań, ale równocześnie zapowiedź przerażającego finału. Największym plusem tej pozycji jest jej oryginalność – wyróżnia się na tle innych, często coraz bardziej schematycznych i przewidujących książek. Tutaj nie wiemy, co zaraz się wydarzy, jakie są motywy postaci i jaki będzie koniec.
Błyskotliwa, skomplikowana i zmuszająca do myślenia – nie jest to powieść z kategorii „lekkie”. Autorka stawia kontrowersyjne, ale zarazem logiczne i podparte wieloma argumentami tezy, z którymi trudno było mi się zgodzić, ale z drugiej strony rozumiem ich słuszność. Ta książka to lekcja filozofii, etyki i socjologii. Świetny przykład lektury, która zawiera nie tylko ciekawą historię, pełnokrwistych bohaterów, ale również przedstawia pewien styl życia, współczesne filozofie, czerpiące z klasyków, logiczne myślenie i ludzi, wolących wirtualne życie oraz trudne dyskusje o dylematach moralnych, które często są na krawędzi tego, co jest dobre, a co złe. Nic tutaj nie jest jednak czarno-białe. Nawet najgorsze czyny mają swoje wytłumaczenie – racjonalne i logiczne. Pozbawiona wyraźnej emocjonalności powieść, postawienie na inteligentnych i kierujących się chłodnym myśleniem bohaterów, to odważny i mocny krok w stronę nieco innej, wyrazistej literatury. Jestem za! To świetna alternatywa dla każdego, kto lubi książki o czymś – z przesłaniem, filozofią i intrygującą akcją.
„Najpierw mnie pocałuj” jest debiutancką powieścią młodej pisarki, dla której literacki świat wysoko postawił poprzeczkę. Córka sławnej Deborah, autorki „Hotelu Marigold” i „Tulipanowej gorączki” nie miała łatwego zadania. Co więcej, napisała książkę najeżoną psychologią, filozofią, a wówczas można się potknąć. Od razu widać, że to powieść ambitna i przemyślana, jednak dla przeciętnego czytelnika miejscami może wydać się nużąca. Jeśli pragniesz ciągłej akcji, to musisz wiedzieć, że „Najpierw mnie pocałuj” bardziej skupia się na ludzkiej psychice i samej psychologii, dlatego fabuła nie jest zbyt dynamiczna, ale bardziej stabilna i kręcąca się wokół głównego wątku. Nie nazwałabym tej książki thrillerem – autorka skoncentrowała się na aspekcie społeczno-psychologicznym, nie ma większych przeskoków akcji, widać brak wyraźnego napięcia samej historii czy mocniejszych momentów. Wydaje mi się, że ta historia dla niektórych odbiorców z pewnością byłaby lepiej odebrana jako ekranizacja. Dlaczego? Bo sam pomysł na fabułę jest genialny i ma w sobie spory potencjał.
Polecam każdemu, kto lubi książki skłaniające do myślenia, z naciskiem na psychologię postaci i filozofię współczesnego świata. „Najpierw mnie pocałuj” intryguje fabułą, ale również nazwiskiem pisarki, które obiecuje prawdziwie literacką ucztę. Nie zawiodłam się, chociaż przyznam, że oczekiwałam większej dawki emocji i wyraźnego napięcia. Jednak i tak warto pochylić się nad tą pozycją, to ciekawe studium dwóch kobiet oraz charakterystyka sieciowego społeczeństwa. Na koniec warto odpowiedź sobie na pytanie, czy Leila postąpiła słusznie? 
Ocena: 3,5 
Recenzja: Gaba Rutana 
Recenzja powstała przy współpracy z portalem,
Wydawnictwo: Rebis
Rok wydania: 2017

Zachłysnąć się Tobą - Konstanty Indefons Gałczyński, czyli najpiękniejsze wiersze i piosenki

Recenzentki Książek

Zachłysnąć się Tobą, jak wodą orzeźwiającą, żeby było wesoło i młodo, i trudno, i gorąco; 

Wystarczy powiedzieć Teatrzyk Zielona Gęś, a jak Polska długa i szeroka wszyscy odkrzykną: Konstanty Indefons Gałczyński. Tego wybitnego polskiego poety nie da się pomylić z nikim innym. Do dzisiaj jest inspiracją dla wielu pisarzy, piosenkarzy i twórców kabaretowych. Bliski zarówno kolegom po fachu, jak i zwykłym obywatelom. Równie ważny dla mnie. Kiedy dowiedziałam się, że wydawnictwo Prószyński i S-ka wydaje „Zachłysnąć się Tobą. Najpiękniejsze wiersze i piosenki” byłam wniebowzięta. Wprost nie mogłam się doczekać. Było jednak warto.
„Zachłysnąć się Tobą” to podróż przez kraje, rzeczywistości, lata i uczucia. Zaczynając od roku 1926, a kończąc w 1953, czyli w roku śmierci poety. Jest to zbiór w skład którego wchodzą takie wiersze jak „Ulica szarlatanów”, „Śmierć poety” czy „Piosenka o trzech wesołych aniołkach”. Pozycja ta stanowi połączenie dwóch wcześniej wydanych przez wydawnictwo tomów poezji, czyli „Szarlatanów nikt nie kocha” oraz „Portret muzy”.
Piękno poezji K.I. Gałczyńskiego jest faktem niepodważalnym i niepodlegającym dyskusji. Uwielbiam styl tego pisarza oraz uczucia, jakie poprzez swoje dzieła wzbudza on w czytelniku. W tej recenzji nie podejmę próby analizy i opiniowania utworów, ponieważ nie czuję się dostatecznie wykształcona, aby powiedzieć coś więcej niż: Jestem zauroczona.
Warto natomiast zwrócić uwagę na wydanie tej pozycji. Mamy tutaj szarą okładkę o gramaturze nieco tekturowej, która kojarzy nam się ze starymi wydaniami poezji Biblioteki Narodowej oraz złote napisy. Prostota, a równocześnie elegancja. Minimalizm i finezja. Uważam, że to najlepsza decyzja wydawnicza, jaką składacz mógł podjąć. Książka przepięknie się prezentuje, ma charakter klasyczny i ponadczasowy. Myślę, że Gałczyński byłby zadowolony z efektu – godne „opakowanie” dla jego dzieł.
Polecam „Zachłysnąć się Tobą” wszystkim czytelnikom, którzy lubią poezję. Myślę, że będziecie usatysfakcjonowani zarówno treścią, jak i walorami estetycznymi wydania. Gałczyński pisał: „Chciałbym i mój ślad na drogach ocalić od zapomnienia”. Uważam, że w odniesieniu do tej pozycji, zadanie zostało wykonane.

Ocena: 10/10
Recenzowała: Sylwia Czekańska
Recenzja powstała dla portalu:
Duże Ka


INFORMACJE:
Rok wydania: 2016
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Liczba stron: 416
Gatunek: poezja

Pieśń jutra - Samantha Shannon. Dzisiaj zeszliśmy do Podziemia. Jutro powstaniemy!*

Recenzentki Książek

Jak dobrze mieć „Pieśń jutra” już w rękach! Po dwóch latach oczekiwania na kolejny tom popularnego „Czasu Żniw”, postąpiłam tak, jak każdy fan – od razu wzięłam się za czytanie i oczywiście kompletnie przepadłam w atmosferze napięcia i ciągłego zagrożenia. Samantha Shannon ponownie mnie nie zawiodła. W świecie Paige Mahoney bez przerwy coś się dzieje – rewolucja nigdy nie zwalnia tempa! Autorka po raz kolejny udowodniła, że jej wyobraźnia nie ma ograniczeń, a wykreowany świat jest coraz szerszy, pełniejszy i wciąż bardzo szczegółowy. Dawno nie zetknęłam się z tak precyzyjnie, drobiazgowo, niemal troskliwie skonstruowaną książką. Dzięki temu duszny Londyn pod panowaniem Sajonu żyje nie tylko w głowie pisarki, ale również w myślach czytelników.
Paige wiele poświęciła, aby stać się Zwierzchniczką. Musiała brutalnie walczyć i przeciwstawić się Jaxonowi, czym stworzyła kolejny precedens. Teraz to ona rządzi całym Syndykatem, a więc zgrają kryminalistów z Londynu. Z pewnością dziewiętnastolatce nie będzie łatwo zdobyć ich całkowitego oddania, wręcz przeciwnie – są oni podzieleni i patrzą na każdy jej ruch, oczekując potknięcia. Paige ma pełno wrogów, a wszystko pogarsza się, gdy Sajon wprowadza Tarczę Czuciową, groźną technologię, która może zniszczyć cały świat jasnowidzów. Śniąca ponownie musi walczyć.
Każda nowa część to progres – autorka tworzy przerażającą rzeczywistość, ukazuje to, jak zmieniają się bohaterowie, coraz bardziej pozbawieni naiwności, jednak wciąż z tlącą się w nich nadzieją i determinacją, aby wygrać. Widzę tutaj wielką dojrzałość, Shannon zanurza nas w rewolucję, pełną bólu, krwi i poświęcenia. Nie jest to łatwa droga, ale dzięki temu „Pieśń jutra” nie stała się kolejną schematyczną młodzieżówką. I niezmiernie mnie cieszy, że w gatunku dystopijnego fantasty dzieje się tyle dobrego. To mocna, działająca na emocje literatura, obezwładniająca i natychmiast wciągająca do swojego świata. Dlatego na książki Shannon tyle się czeka, nasłuchując plotek o dacie premiery, tytułu nowej części i tego, w jakim kierunku podąży fabuła. Jeśli pochłonęliście poprzednie tomy, to spokojnie zabierajcie się za „Pieśń jutra” – jest jeszcze mroczniejsza, miejscami druzgocąca, pełna niedopowiedzeń i wciąż wielu nierozwiązanych wątków, które z pewnością zaskoczą nas w kolejnych książkach.
„Pieśń jutra” przenosi nas w nowe miejsca – miasta, gdzie podąża Paige, aby walczyć z Sajonem i ich nową bronią. Shannon nie zatrzymuje się w jednym wątku, to dla niej zbyt mało, przez co cały czas czeka na nas coś zaskakującego. Akcja jest bardzo dynamiczna, historia została rozwinięta o nowych bohaterów, jak i kolejne opowieści z przeszłości Paige. Rewolucja, której zapalnikiem została Śniąca, stała się jeszcze poważniejsza, rodząca tragiczne konsekwencje. Syndykat jest zagrożony jak jeszcze nigdy. Do tego dochodzi Zakon Mimów – Zwierzchniczka ma za zadanie udowodnić Terebellum Sheratan, przywódczyni Stowarzyszenia Refaitów, że jest dobrym taktykiem. A w czasach rewolucji nie jest to takie proste, tym bardziej że każde jej decyzje są kwestionowane. Shannon zbudowała fascynujący świat gangów, który rozwija od pierwszego tomu i cały czas dostarcza nam kolejnych informacji. Oprócz samych zasad ważna jest panująca w nim hierarchia, czy też slang, który w tej części rozwinięty został o znaczenia kwiatów. To coś, co bardzo mnie urzekło – tajemny kod rewolucji. Pisarka nie przestaje mnie zadziwiać, cały czas wprowadzając do serii nowe elementy, pomysły, czy drobiazgi, jeszcze bardziej ubarwiające to skomplikowane uniwersum.
Autorka świetnie pisze, ma swój styl i widzę, że jest on coraz lepszy. Tak jak wcześniej, narracja prowadzona jest z punktu widzenia Paige. Shannon bazuje na barwnych opisach, jednak często składają się one na krótkie zdanie. Czasem jednym słowem potrafi zbudować całe napięcie danej sytuacji i oddać ogrom targających bohaterami emocji. Dialogi są autentyczne i pełne ekspresji. Podoba mi się język rewolucji, miejscami bardzo brutalny, ironiczny i bezpośredni. Nie czas na finezję ani subtelności. „Pieśń jutra” zawiera także dodatki w postaci tajnych dokumentów, jak i słowniczka na samym końcu. To, co zauważyłam już w poprzednich częściach – Shannon świetnie opisuje sceny akcji, zdradza potrzebne szczegóły, nie burząc przy tym dynamiki tych fragmentów. Rewolucja pełna jest charyzmy, ryzykownych i samobójczych misji, mrożących krew w żyłach i chwytających za serce scen. Autorka nie zapomniała o psychologii wojny, taktach, które stosują wobec siebie przeciwnicy.
„Pieśń jutra” to duża dawka napięcia, nigdy nie wiemy, co zaraz się wydarzy – nie ma czasu na pozbawione znaczenia sceny, bo każdy fragment wypełniony jest akcją. Są momenty romantyczne, jednak utrzymane w klimacie niepewności i poczucia, że to nie jest akurat aż tak ważne. Paige ma swoje priorytety i się ich trzyma. Shannon ukazuje naprawdę bardzo mroczną rzeczywistość, sprawiając, że powieść przepełniona jest przemocą, bólem i stratą. Nie ma miejsca na sentymenty. Jest walka, niemal rozpaczliwa i do ostatniego tchu. Dlatego też musicie przygotować się na prawdziwie wciągającą fabułę, bo nie odłożycie „Pieśni jutra”, dopóki nie poznacie jej zakończenia. A jest ono przejmujące i zapowiadające jeszcze ciekawszy tom czwarty. Autorka wie jak narobić swoim fanom nie tylko czytelniczego kaca, ale i smaku na kolejne części!
Czy mogą pozachwycać się okładką? Bo jest oczywiście genialna! Znajdziecie na niej symbole nawiązujące do fabuły, co tworzy spójny obraz tej powieści. Oprawa od razu mnie urzekła – pięknie prezentuje się ze swoimi poprzedniczkami.
Dwa lata czekałam na rozwiązanie kilku zagadek świata Samanty Shannon i po przeczytaniu „Pieśni jutra” trwam w jeszcze większym niedosycie. Chcę kolejny tom, już teraz! Dawno żadna książka nie zostawiła mnie z tyloma emocjami, pytaniami i tęsknotą za poznaniem kolejnych kart tej historii. Jednak, na pewno nie będziecie zawiedzeni. Na książki tej autorki warto czekać – jeśli akurat tyle czasu potrzebuje na stworzenie tak precyzyjnej i genialnej powieści, to cierpliwie odkładam tom trzeci obok „Czasu Żniw” oraz „Zakonu Mimów” i cóż, czekam na czwarty!
Ocena: 5/5
Recenzja: Gaba Rutana
Recenzja powstała dzięki współpracy z portalem,
Lubimy Czytać

*cytat z książki