Pieśń jutra - Samantha Shannon. Dzisiaj zeszliśmy do Podziemia. Jutro powstaniemy!*

Recenzentki Książek

Jak dobrze mieć „Pieśń jutra” już w rękach! Po dwóch latach oczekiwania na kolejny tom popularnego „Czasu Żniw”, postąpiłam tak, jak każdy fan – od razu wzięłam się za czytanie i oczywiście kompletnie przepadłam w atmosferze napięcia i ciągłego zagrożenia. Samantha Shannon ponownie mnie nie zawiodła. W świecie Paige Mahoney bez przerwy coś się dzieje – rewolucja nigdy nie zwalnia tempa! Autorka po raz kolejny udowodniła, że jej wyobraźnia nie ma ograniczeń, a wykreowany świat jest coraz szerszy, pełniejszy i wciąż bardzo szczegółowy. Dawno nie zetknęłam się z tak precyzyjnie, drobiazgowo, niemal troskliwie skonstruowaną książką. Dzięki temu duszny Londyn pod panowaniem Sajonu żyje nie tylko w głowie pisarki, ale również w myślach czytelników.
Paige wiele poświęciła, aby stać się Zwierzchniczką. Musiała brutalnie walczyć i przeciwstawić się Jaxonowi, czym stworzyła kolejny precedens. Teraz to ona rządzi całym Syndykatem, a więc zgrają kryminalistów z Londynu. Z pewnością dziewiętnastolatce nie będzie łatwo zdobyć ich całkowitego oddania, wręcz przeciwnie – są oni podzieleni i patrzą na każdy jej ruch, oczekując potknięcia. Paige ma pełno wrogów, a wszystko pogarsza się, gdy Sajon wprowadza Tarczę Czuciową, groźną technologię, która może zniszczyć cały świat jasnowidzów. Śniąca ponownie musi walczyć.
Każda nowa część to progres – autorka tworzy przerażającą rzeczywistość, ukazuje to, jak zmieniają się bohaterowie, coraz bardziej pozbawieni naiwności, jednak wciąż z tlącą się w nich nadzieją i determinacją, aby wygrać. Widzę tutaj wielką dojrzałość, Shannon zanurza nas w rewolucję, pełną bólu, krwi i poświęcenia. Nie jest to łatwa droga, ale dzięki temu „Pieśń jutra” nie stała się kolejną schematyczną młodzieżówką. I niezmiernie mnie cieszy, że w gatunku dystopijnego fantasty dzieje się tyle dobrego. To mocna, działająca na emocje literatura, obezwładniająca i natychmiast wciągająca do swojego świata. Dlatego na książki Shannon tyle się czeka, nasłuchując plotek o dacie premiery, tytułu nowej części i tego, w jakim kierunku podąży fabuła. Jeśli pochłonęliście poprzednie tomy, to spokojnie zabierajcie się za „Pieśń jutra” – jest jeszcze mroczniejsza, miejscami druzgocąca, pełna niedopowiedzeń i wciąż wielu nierozwiązanych wątków, które z pewnością zaskoczą nas w kolejnych książkach.
„Pieśń jutra” przenosi nas w nowe miejsca – miasta, gdzie podąża Paige, aby walczyć z Sajonem i ich nową bronią. Shannon nie zatrzymuje się w jednym wątku, to dla niej zbyt mało, przez co cały czas czeka na nas coś zaskakującego. Akcja jest bardzo dynamiczna, historia została rozwinięta o nowych bohaterów, jak i kolejne opowieści z przeszłości Paige. Rewolucja, której zapalnikiem została Śniąca, stała się jeszcze poważniejsza, rodząca tragiczne konsekwencje. Syndykat jest zagrożony jak jeszcze nigdy. Do tego dochodzi Zakon Mimów – Zwierzchniczka ma za zadanie udowodnić Terebellum Sheratan, przywódczyni Stowarzyszenia Refaitów, że jest dobrym taktykiem. A w czasach rewolucji nie jest to takie proste, tym bardziej że każde jej decyzje są kwestionowane. Shannon zbudowała fascynujący świat gangów, który rozwija od pierwszego tomu i cały czas dostarcza nam kolejnych informacji. Oprócz samych zasad ważna jest panująca w nim hierarchia, czy też slang, który w tej części rozwinięty został o znaczenia kwiatów. To coś, co bardzo mnie urzekło – tajemny kod rewolucji. Pisarka nie przestaje mnie zadziwiać, cały czas wprowadzając do serii nowe elementy, pomysły, czy drobiazgi, jeszcze bardziej ubarwiające to skomplikowane uniwersum.
Autorka świetnie pisze, ma swój styl i widzę, że jest on coraz lepszy. Tak jak wcześniej, narracja prowadzona jest z punktu widzenia Paige. Shannon bazuje na barwnych opisach, jednak często składają się one na krótkie zdanie. Czasem jednym słowem potrafi zbudować całe napięcie danej sytuacji i oddać ogrom targających bohaterami emocji. Dialogi są autentyczne i pełne ekspresji. Podoba mi się język rewolucji, miejscami bardzo brutalny, ironiczny i bezpośredni. Nie czas na finezję ani subtelności. „Pieśń jutra” zawiera także dodatki w postaci tajnych dokumentów, jak i słowniczka na samym końcu. To, co zauważyłam już w poprzednich częściach – Shannon świetnie opisuje sceny akcji, zdradza potrzebne szczegóły, nie burząc przy tym dynamiki tych fragmentów. Rewolucja pełna jest charyzmy, ryzykownych i samobójczych misji, mrożących krew w żyłach i chwytających za serce scen. Autorka nie zapomniała o psychologii wojny, taktach, które stosują wobec siebie przeciwnicy.
„Pieśń jutra” to duża dawka napięcia, nigdy nie wiemy, co zaraz się wydarzy – nie ma czasu na pozbawione znaczenia sceny, bo każdy fragment wypełniony jest akcją. Są momenty romantyczne, jednak utrzymane w klimacie niepewności i poczucia, że to nie jest akurat aż tak ważne. Paige ma swoje priorytety i się ich trzyma. Shannon ukazuje naprawdę bardzo mroczną rzeczywistość, sprawiając, że powieść przepełniona jest przemocą, bólem i stratą. Nie ma miejsca na sentymenty. Jest walka, niemal rozpaczliwa i do ostatniego tchu. Dlatego też musicie przygotować się na prawdziwie wciągającą fabułę, bo nie odłożycie „Pieśni jutra”, dopóki nie poznacie jej zakończenia. A jest ono przejmujące i zapowiadające jeszcze ciekawszy tom czwarty. Autorka wie jak narobić swoim fanom nie tylko czytelniczego kaca, ale i smaku na kolejne części!
Czy mogą pozachwycać się okładką? Bo jest oczywiście genialna! Znajdziecie na niej symbole nawiązujące do fabuły, co tworzy spójny obraz tej powieści. Oprawa od razu mnie urzekła – pięknie prezentuje się ze swoimi poprzedniczkami.
Dwa lata czekałam na rozwiązanie kilku zagadek świata Samanty Shannon i po przeczytaniu „Pieśni jutra” trwam w jeszcze większym niedosycie. Chcę kolejny tom, już teraz! Dawno żadna książka nie zostawiła mnie z tyloma emocjami, pytaniami i tęsknotą za poznaniem kolejnych kart tej historii. Jednak, na pewno nie będziecie zawiedzeni. Na książki tej autorki warto czekać – jeśli akurat tyle czasu potrzebuje na stworzenie tak precyzyjnej i genialnej powieści, to cierpliwie odkładam tom trzeci obok „Czasu Żniw” oraz „Zakonu Mimów” i cóż, czekam na czwarty!
Ocena: 5/5
Recenzja: Gaba Rutana
Recenzja powstała dzięki współpracy z portalem,
Lubimy Czytać

*cytat z książki

Maybe Someday - Colleen Hoover. Potępiać ich, czy im kibicować?

Recenzentki Książek

To jedna z najlepszych książek Colleen Hover, popularnej autorki bestsellerów dla młodzieży. Historia pełna pasji, namiętności, ale też bólu i zdrady. Muzyka pełni w niej rolę katharsis — zbliża bohaterów do siebie, jak i wszystko komplikuje. Zaczniesz ją czytać i nie przestaniesz, bo wciąż będziesz się zastanawiać, czy „może kiedyś” zamieni się na „właśnie teraz”?
Ride jest utalentowanym muzykiem, który pięknie gra na gitarze. Jednak od jakiegoś czasu nie napisał żadnej piosenki. Ćwicząc na balkonie, zauważa dziewczynę z sąsiedztwa, śpiewającą do jego... muzyki. Postanawia ją poznać. Sydney ma chłopaka i stabilne życie. Na pozór, bo nagle wszystko wywraca się do góry nogami.
Ride i Sydney spotkali się w złym momencie. Cały czas coś ich do siebie ciągnie, mimo że starają się odepchnąć to uczucie bardzo daleko. Czy uda im się być razem? I ile serc zostanie złamanych?
Nowe wydanie „Maybe Someday” skusiło mnie delikatną okładką i możliwością odsłuchania stworzonych przez bohaterów piosenek – oczywiście za pomocą kodu, który możecie odczytać dzięki aplikacji Microsoft Tag. Utwory są również dostępne na stronie internetowej: maybe someday soundtrack.
Colleen Hoover jak zwykle wywołuje wzruszenie u swoich czytelniczek. Nie pisze kolejnych szablonowych historii – każda z nich jest wyjątkowa, inna i ma w sobie to coś, co sprawia, że chcemy jeszcze więcej. W „Maybe Someday” fabułę komplikuje fakt, że jeden z bohaterów jest w związku. Zaczęłam się zastanawiać, czy jednak nie mogli postępować inaczej? Pisarka sprawia, że nie tylko postaci mają kaca moralnego, ale również i czytelnicy – bo mimo wszystko Ride i Sydney tworzą fascynującą parę, której trudno nie kibicować. Zakazany owoc smakuje najlepiej, a sytuacja, gdy dwójka postaci miota się we wzajemnym zauroczeniu, równocześnie wiedząc, że nie mogą być razem – jest bardzo atrakcyjnym i ciekawym wątkiem, który śledzi się z wypiekami na policzkach. Do tego dodaj dużo muzyki, pięknych, poetyckich tekstów piosenek i paczkę przyjaciół, którzy uwielbiają robić sobie kawały, a wyjdzie Ci urocza oraz porywająca powieść.
Ride i Sydney są dla siebie stworzeni – wiemy to od początku, jednak ich droga jest długa i wyboista. Nie każde uczucie pojawia się w odpowiednim momencie. I oboje nie wiedzą, jak sobie z tym poradzić. Hoover potrafi umiejętnie oddawać emocje i myśli bohaterów, przez co podczas czytania jeszcze bardziej się z nimi zżyłam. Pisarka jest niczym psycholog, obserwujący i zapisujący zachowania postaci. Notujący szczegóły i to czego nie widać na pierwszy rzut oka. Relacja bohaterów nie jest schematyczna – ok, możemy spodziewać się określonego zakończenia, ale szczerze przyznam, że w tym przypadku jest ono zasłużone. Przez większość powieści trwałam w napięciu i moralnej walce, lubić ich, czy potępiać? Koniec przyniósł mi ulgę i wzruszenie.
W „Maybe Someday” miłość nie jest prosta, bo postępowanie postaci tak naprawdę krzywdzi innych. Co mi się podoba – oni naprawdę starali się w sobie nie zakochać. Hoover nie napisała kolejnej książki pod tytułem „kocham cię od pierwszego wejrzenia i niech się dzieje co chce”. Stworzyła skomplikowaną historię dwojga dojrzałych ludzi, którzy zdają sobie sprawę, że życie nie jest proste, a nasze czyny mają swoje konsekwencje. Ukazała to, że przed wielkim uczuciem często stoją inne wartości, jak szacunek do innych, przyjaźń czy uczciwość. Autorka znalazła złoty środek, zbudowała fabułę, którą trudno przewidzieć i rozwiązanie dla kłopotliwej sytuacji, w jakiej znaleźli się Ride i Sydney. I zrobiła to w taki sposób, że pod koniec serce bije trochę szybciej. A co najlepsze, zachowana jest pewna granica dobrego smaku, autorka idealnie ją wyczuła i dzięki temu zaserwowała nam fajną i nieprzesłodzoną końcówkę.
„Maybe someday” jest niczym świetna, trafiona w punkt piosenka, którą możemy słuchać i słuchać. Przeczytałam tę powieść po raz drugi i ani na chwilę się nie nudziłam. Ta książka jest wyjątkowa, bo jej bohaterowie są oryginalni i niebanalni. Hoover porusza ważne i potrzebne tematy, wzrusza i skłania do myślenia. Wątek romantyczny dawno nie był tak skomplikowany i pełen niuansów. Podczas czytania czuje się wahanie postaci, ich zdezorientowanie i potężne uczucie. Jestem wielką fanką „Maybe Someday” – odkładam ją na półkę z moimi ulubionymi powieściami i czekam na kolejne historie od Colleen Hoover.
Ocena: 4/5
Recenzja: Gaba Rutana
Recenzja powstała przy współpracy z portalem,

Zły Romeo – Leisa Rayven. Kobiety kochają złych chłopców!

Recenzentki Książek


Tej książce należy się tytuł „Romans roku”! Zdecydowanie to jedna z najbardziej emocjonalnych powieści, jakie ostatnio przeczytałam. Co tam się nie dzieje! Ta chemia, bohaterowie i cudowny teatr w tle. Czy to koniec z nudnymi, przewidywalnymi postaciami męskimi? Nudny Romeo idzie do lamusa, a przed nami, Panie i Panowie... Zły Romeo.
Wiele moich przyjaciółek opowiadało mi, że ich randka nie była udana, bo facet okazał się zbyt miły. Niekiedy lubimy chamów. Potrzebujemy kilku uszczypliwości, ironicznych żartów czy uroczego przekomarzania. Gdy jest zbyt słodko, to zaczynamy się nudzić. Dlatego tę książkę z pewnością pokocha wiele kobiet. „Zły Romeo” niesamowicie wciąga, dawno żaden romans nie był tak pochłaniający! Wiemy, że ten Romeo nie jest idealny – wręcz przeciwnie, to współczesna wersja złego chłopca, który rozkochuje dziewczynę, aby zaraz złamać jej serce. Tylko co, jeśli Julia również nie jest taka urocza i delikatna? Jeśli ma charakterek i zbyt łatwo nie przebacza? 
Cassie to zwykła dziewczyna z dużym talentem aktorskim, która nieśmiało zaczyna obracać się w teatralnym świecie. Ethan od początku miał przyklejoną łatkę „niegrzecznego chłopca”. Okazało się, że jest między nimi chemia, która przydaje się również w aktorskie. Razem zagrali w kultowym dramacie Szekspira – „Romeo i Julia”. Tylko że w tej wersji Romeo okazał się dupkiem, a zraniona Julia musi pozbierać się na nowo. Kilka lat później występują razem na Broadwayu. Ich spotkanie nie należy do przyjemnych, powraca wiele emocji i wspomnień. Ethan chce odzyskać Cassie i udowodnić, że się zmienił. Jednak Cassie nie da się tak łatwo przekonać.
"Łatwiej jest niczego się nie spodziewać, bo wtedy nic się nie traci. Ale to tak nie działa. Próbowałem sobie wmówić, że niczego od ciebie nie chcę, i w rezultacie wszystko straciłem."
Historia zaczyna się w teraźniejszości Cassie, czyli w momencie jej ponownego spotkania Ethana. Następnie bohaterka przypomina sobie wydarzenia z przeszłości i powoli zaczynamy rozumieć całą fabułę. Autorka skupiła się na postaci kobiecej – narracja jest pierwszoosobowa i poprowadzona z punktu widzenia Cassie. Tym sposobem Rayven sprawiła, że Ethan wydaje się bardzo tajemniczy i nieodgadniony. To trochę gburowaty, zamknięty w sobie bohater – przykład faceta, który niby Cię ignoruje, aby nieoczekiwanie nagle zaprosić na randkę, a potem i tak zignorować. Tak naprawdę nie znamy jego intencji i podobnie, jak Cassie do końca za bardzo mu nie ufamy. To bardzo ekscytujące, bo taki zabieg zostawia nam furtkę, że może akurat zakończenie nas zaskoczy. Podoba mi się, że zarówno Cassie, jak i Ethan są bardzo wyraziście nakreśleni, oboje mają mocne osobowości, dlatego też, gdy dochodzi do spotkania – iskrzy i to bardzo!
Lubię, gdy w książkach występują studenckie wątki czy właśnie motyw aktorstwa. Nawiązanie do Szekspira również jest na plus – może całość tworzy dosyć banalne powiązanie, ale z drugiej strony w prostocie tkwi siła. „Zły Romeo” to jedna z tych powieści, które na początku wydają nam się trochę szablonowe, a gdy zaczniemy je czytać, to nie możemy się od nich oderwać. Prawdziwie kobieca literatura z nutką pieprzu i dużą ilością emocji. Język jest miejscami wulgarny, prosty i nawet dosyć bezpośredni – książka zbudowana jest trochę na kontrastach z oryginalnym „Romeo i Julią”, gdzie raczej nie spotkacie sposobu wyrażania się typowego dla normalnych ludzi. Rayven podzieliła powieść na dwie części, przeszłość Cassie jest luźna, pełna entuzjazmu i spontaniczności, a teraźniejszość charakteryzuje się już dojrzałością, dystansem bohaterki do życia, wyraźną ostrożnością i goryczą. Ujęło mnie rozbicie ciężkości fabuły i wprowadzana zmian w kreacji bohaterów.
Jest pewien element książki, który uważam za zbyteczny i są to fragmenty pamiętnika Cassie. Trochę infantylne (zaczynanie od „Pamiętniczku” źle mi się kojarzy) i niewnoszące wiele treści. Przyznam, że te momenty były dosyć nudne i żałuję, że nikt nie poradził autorce, że można je usunąć.
Okładka jest klimatyczna, romantyczna i ogólnie trochę piszczałam, jak otworzyłam paczkę od Wydawnictwa. A jeszcze bardziej, gdy zobaczyłam moją opinię na pierwszej stronie!
\
Polecam – dawno żaden romans nie zostawił mnie z takim kacem książkowym i chęcią natychmiastowego sięgnięcia po kolejny tom. Nie wiem, czy wiecie, ale będzie następna część! Naprawdę, Leisa Rayven wie, co to dobra, wciągająca powieść dla kobiet z postaciami, które intrygują. Miłym dodatkiem jest tło fabuły, czyli teatr i kulisy pracy aktorów. Ta książka to „must have” dla wszystkich kobiet, które chcą oderwać się od rzeczywistości i przeżyć szaloną miłość niczym współcześni Romeo i Julia.
Ocena: 4/5
Recenzja: Gaba Rutana
Za możliwość przeczytania książki dziękuję, 




Opowieść wigilijna ze słownikiem, czyli czytaj tumanie, bo zapomnisz języka

Recenzentki Książek

Mam taką tradycję, że co roku, od chyba dziesięciu lat, w okresie przedświątecznym czytam „Opowieść wigilijną” Charles’a Dickens’a. W tym roku wyjątkowo zapoznałam się z nią ponownie już na początku 2017. A to za sprawą wydania ze słownikiem. Z językiem angielskim mam pewną przerwę, nad czym bardzo ubolewałam, więc stwierdziłam, że taka możliwość poduczania się języka to świetny pomysł.

W tej recenzji pominę wszelką opinię, co do treści „Opowieści Wigilijnej” – skoro czytam ją, co roku to można podejrzewać, że uwielbiam w niej wszystko. Tak właśnie jest. Skupię się natomiast na samym wydaniu ze słownikiem, jego plusach i minusach. 

Myślałam, że z moim angielskim jest lepiej, ale okazało się, że wiele słówek już zapomniałam. Na szczęście na każdej stronie, na marginesie wypisane zostały problematyczne słówka wraz z ich polskim znaczeniem. Gdyby taka pomoc była niewystarczająca, mamy jeszcze słowniczek na początku i na końcu książki, gdzie wypisane zostały wszystkie słowa potrzebne do zrozumienia tekstu. Od tych najprostszych, po najbardziej skomplikowane.

Myślicie pewnie sobie: „no to teraz poszło łatwo”. Otóż nie. Poziom mojego językowego zacofania okazał się jednak trochę większy, bo przecież trzeba jeszcze zrozumieć odpowiedni kontekst historii, czas wypowiedzi itd. Pierwsze strony szły opornie, ale z każdą kolejną tempo wzrastało i przy ostatniej kartce byłam z siebie już naprawdę dumna.

Jeśli myślicie, że nie poradzicie sobie z książką po angielsku – jesteście w błędzie. Z punktu widzenia czytelnika – bardzo polecam, nie ma to jak czytanie oryginału i własne tłumaczenie, bez obawy przed jakimś przekłamaniem. (Żartuję). Patrząc na książkę pod kątem użytkownika – bo tak, tę książkę w pewnym sensie również się używa, sprawdzając słowa, analizując i rozkminiając – również jestem bardzo na tak. To wydanie dało mi nie tylko ogromną satysfakcję z przeczytania książki po angielsku, ale także dzięki niemu nauczyłam się nowych słówek, zwrotów i w pewnym sensie jestem obyta z koniecznością rozumienia tekstu wedle kontekstu wypowiedzi.
 
Dla wszystkich, którzy chcą poćwiczyć swój angielski to naprawdę warta uwagi wersja książki. Bardzo gorąco polecam i zachęcam wszystkich, aby sięgnęli po „Opowieść wigilijną” w oryginale. Teraz postanowiłam przejść na wyższy level czytania po angielsku i powolutku przyczajam się na „Wojnę światów”. Teraz wasza kolej. Do książek!

(Na wydziale filologii angielskiej książka też bardzo się spodobała, więc można powiedzieć, że „książka posiada pozytywną opinię studentów filologii angielskiej”, a uwzględniając moje studia również i polskiej) 
Ocena: 5/5 
Recenzowała: Sylwia Czekańska
Za książkę dziękuję wydawnictwu:
ze słownikiem

Co mnie zmieniło na zawsze - Amber Smith. Jak po gwałcie pozbierać się na nowo?

Recenzentki Książek

Wystarczyło pięć minut, aby całe życie Eden wywróciło się do góry nogami. Była niewinną, miłą dziewczyną, która miała swoją pasję i znajomych. Pewnego wieczoru najlepszy przyjaciel jej brata i prawie członek rodziny, wszedł do jej pokoju i ją zgwałcił. Eden wiedziała, że nikt jej nie uwierzy, dlatego milczała. Ideały, w które kiedyś wierzyła, okazały się kłamstwem. Ludzie, których kochała, wzbudzali w niej tylko nienawiść. Powinna komuś powiedzieć. Tym bardziej że Kevin był obecny w jej życiu rodzinnym i musiała go widywać. Jednak nic nie miało sensu, a Eden coraz bardziej zatracała się w nienawiści i destrukcji. I z roku na rok coraz bardziej się zmieniała.
To jedna z książek, które zaczyna się czytać i nie można przestać. Dlatego też dopiero o czwartej nad ranem poznałam jej zakończenie. Powieść nie tylko wciąga, ale wywołuje wiele sprzecznych emocji. Nawiązuje się z główną bohaterką pewną więź – przecież tylko my, czytelnicy znamy jej sekret. Zastanawiamy się, dlaczego nikomu nie powiedziała? Dopiero później zaczynamy ją rozumieć, poznajemy jej myśli i obawy. „Co mnie zmieniło na zawsze” na początku szokuje, następnie wywołuje wiele goryczy i rozczarowania postępowaniem postaci, bo pragniemy, aby Kevin został ukarany, następnie razem z Eden wchodzimy w ten destrukcyjny ciąg zdarzeń, rozumiemy ją, współczujemy jej i zarazem nienawidzimy reszty – dlaczego jej rodzina nie próbowała z nią rozmawiać? Dlaczego się nie domyślili? To przykre, co musiała przeżyć bohaterka – dawno nie czułam tak przytłaczającego smutku podczas czytania.
Amber Smith napisała poważną, poruszającą i autentyczną książkę. Nie jest to lekka pozycja dla młodzieży. To skomplikowana powieść, skupiająca się na odczuciach głównej bohaterki, jej sposobu na poradzenie sobie z tym, co ją spotkało. Z każdym rozdziałem obserwujemy to, jak się zmienia i jak rośnie w niej nienawiść oraz inne emocje, które po jakimś czasie niespodziewanie z siebie wyrzuca. Tak jakby chciała krzyczeć – nie rozumiecie? Dlaczego nie widzicie tego, co on mi zrobił? Smith rozwala emocjonalnie, robi to etapami, razem z bohaterką wzbierają w nas emocje, aby w kulminacyjnych momentach mogły polać się łzy. Powieść zawiera opis samego gwałtu, jak i sceny seksu, więc jest raczej dla starszych czytelników. Z drugiej strony książka może pomóc każdemu, kto przeżył coś podobnego, jak Eden – a jak wiemy, są to nawet bardzo młode osoby.
Autorka zbudowała realną postać dziewczyny, która niczym się nie wyróżniała. Miała swoje życie i nikomu nie wchodziła w drogę. A jednak spotkało ją coś strasznego. Smith skłania swoich czytelników do refleksji, zastanowienia się, dlaczego świat jest niesprawiedliwy, a ludzie tak okropni? Co więcej, uświadamia, że takich przypadków, jak Eden jest więcej i są one realne – to chyba najgorsze, że autorka w pewien sposób opisuje rzeczywistość. Po zakończeniu książki jeszcze ponad godzinę siedziałam i myślałam – nie mogłam zasnąć, bo wciąż przeżywałam historię Eden. Trzeba przyznać, że Smith mocno postawiła na psychologię postaci – postawa Eden jest bardzo przemyślana, co pozwala zrozumieć jej zachowanie, nawet jeżeli nam się ono nie podoba. Przez pamiętnikarski sposób narracji jesteśmy bliżej bohaterki, czujemy jej ból, wściekłość i dezorientacje.
To jedna z książek, po których ot, tak nie sięgniesz po kolejną – pozostaje w głowie jeszcze na długo. Przeczytasz ją i nie zapomnisz, bo Smith bardzo autentycznie nakreśliła tę historię, równocześnie zbliżając nas do głównej bohaterki, dzięki czemu tę powieść dogłębnie i długo się przeżywa. Autorka uświadamia, jak straszny jest gwałt – my również to wiemy, bo mamy w pewien sposób ten fakt zakodowany w świadomości. Jednak nigdy dotąd nie myślałam nad tym, jak mogą potoczyć się losy osoby, którą  zgwałcono. Eden wybrała milczenie i drogę destrukcji, zmieniła się w całkiem inną osobę, wymyślając się na nowo. Musiała odciąć się od dawnej siebie, tej słabej i niewinnej dziewczynki. Miała tylko czternaście lat i była wciąż dzieckiem. Została zgwałcona we włanym domu, gdzie powinna czuć się bezpiecznie. Jak po czyś takim odzyskać pewność siebie, swoje dawne ja? Eden chciała stać się silna, niedostępna, twarda, niezniszczalna. Czy jej się udało? Zakończenie to nie kolejny happy end niczym z książek new adult dla młodzieży. To nie jest tego rodzaju powieść. Ona pokazuje okrutną i smutną prawdę. Ale również daje nadzieję, że jednak czas leczy rany, nawet pomimo wszystkich trudności, bólu i poczucia, że już nigdy nic nie będzie takie samo.
Polecam wszystkim, którzy pragną emocjonalnego kopniaka i lubią poruszające, trudne książki. Amber Smith wykonała coś dobrego nie tylko dla rynku wydawniczego, czytelników, ale również dla tych, którzy zostali podobnie skrzywdzeni. „Co mnie zmieniło na zawsze” nie rozwiąże problemu gwałtu, nie zmaże przeszłości, ale choć trochę pomoże zrozumieć osoby, które zostały zgwałcone. A to już naprawdę dużo.
Ocena: 4,5/5
Recenzja: Gaba Rutana 
Recenzja powstała w ramach współpracy z portalem,

INFORMACJE:
Rok wydania: 2016
Wydawnictwo: Feeria Young
Gatunek: literatura młodzieżowa, dramat
Liczba stron: 392

Nadchodzące premiery i wznowienia! A torch against the night, Pieśń jutra i Kate Daniels

Recenzentki Książek

Wpis będzie krótki, ale napisać go musiałam. Z dwóch powodów. Po pierwsze: muszę ciągle ćwiczyć pracę z tym uroczym, nowym kokpitem (który ewidentnie mnie nie lubi). Po drugie: poziom mojej ekscytacji sięga zenitu. A dlaczego? Już tłumaczę. (werble)
Ptaszki ćwierkają, że w okolicach czerwca, lipca czy jakoś tak możemy się spodziewać drugiej części Imperium Ognia! To znaczy daty konkretnej jeszcze nie znam, ale Pan Wojtek obiecał, że mnie poinformuje, jak już będzie coś konkretnego. Informacja jest o tyle ważna, że mamy pewność, iż druga część wyjdzie, a w dla polskiego czytelnika to kluczowa wiadomość.
(Tutaj powinnam zamieścić kilkunastozdaniowy żal i płacz na temat wszystkich niedokończonych serii, nad którymi cierpię, ale nie chcę się denerwować w ten uroczy poniedziałek).
Jeśli oczywiście będę znała dokładniejszą datę premiery to dam znać w trybie pilnym. No i dalej męczę Pana Wojtka o konkrety. Po konkrety są ważne!
Drugi news miał dotyczyć premiery Pieśni Jutra, ale wydawnictwo już to rozgłosiło wszem i wobec. Ale skoro mam miejsce do wykorzystania to mogę wykrzyczeć: Taaaaaak! Premiera już 26 kwietnia! Jeeeee!
I została wiadomość z ostatniej chwili. Jeśli śledzicie fanpage wydawnictwa Fabryka Słów to na pewno zauważyliście, że ostatnio wyszło wznowienie serii o Mercedes Thompson. I tak sobie pomyślałam: skoro Mercedes dostała wznowienie to może i Kate Daniels też ma szanse. Zapytałam i dostałam taką oto wiadomość:
Dzień dobry. Tak na pewno będziemy wznawiać serię, jednak musimy się uporać sie z formalnościami. No i chcemy odświeżyć okładki. W tym roku chcemy zrobić "porządek" z Patricią Briggs (wznowienia i nowość jesienią) tak by wszystkie tytuły o Mercy były dostępne. A od samego początku przyszłego roku będziemy porządkować Ilonę Andrews, czyli wszystkie wznowienia + nowość. To niestety trwa, ale mamy nadzieję że w efekcie dojdziemy do tego by wydawać co najmniej 3-4 nowości Briggs i Andrews w roku. Żeby do tego dojść musimu uporządkować dostępność tytułów juz wydanych na rynku. Liczymy na zrozumienie i cierpliwość.
Jeśli jeszcze nie czytaliście serii o Kate Daniels, której autorem jest Ilona Andrews (dokładniej to duet, mąż z żoną) to koniecznie musicie nadrobić. Ciekawych mojej opinii odsyłam do recenzji.
Dlaczego ta informacja jest tak super, mega, giga ważna? Otóż skończył się już nakład początkowych tomów i kupując je z drugiej ręki ludzie życzą sobie nawet po 70 zł za tom. Co dla mnie jest totalnym obłędem! Dlatego szach mat wszystkim, co chcieli wydrzeć jak najwięcej pieniędzy od ludzi spragnionych dobrego fantasy i liczymy dni do dodruku.
No i poza tym to planowane jest „odświeżenie okładek” a te obecne, stare są według mnie paskudne. Tfu, ble… nawet znalazły miejsce w moim, subiektywnym zestawieniu TOP najbrzydszych okładek. Także no. Jest nadzieja na jakieś godne wydanie książek, które polecam z całego serca.  
Ja się cieszę. Kto jest ze mną?
Ekscytowała się: Sylwia Czekańska


Dręczyciel, Penelope Douglas - Kto się czubi, ten się lubi

Recenzentki Książek

Każdy z nas zna stwierdzenie „Kto się czubi, ten się lubi”. Chłopcy w przedszkolu ciągną dziewczęta za warkocz, później robią im kawały i popisują się przed kolegami. Gdy zapłakana dziewczynka opowiada o całej sytuacji mamie, dostaje pobłażliwą odpowiedź, brzmiącą dokładnie, jak powyższe przysłowie. Książka „Dręczyciel” jest jedną z powieści, które wciągają od pierwszej strony i gwarantują nieprzespaną noc. Prowokuje do wielu pytań i wątpliwości odnoście związków oraz tego, kiedy kobieta powinna powiedzieć „mam dość!”, a kiedy... wybaczyć.
„Dręczyciel” to pierwszy tom z cyklu „Fall Away”. Kolejne części dotyczą innych bohaterów powieści Penelope Douglas. Jeśli tylko utrzymają poziom „Dręczyciela”, to już nie mogę się ich doczekać. Autorka postawiła na wartką akcję, tajemnicę do rozwikłania, niesamowite napięcia oraz chemię pomiędzy postaciami. W tej tematyce bardzo łatwo potknąć się o schematy i utarte wątki. Tutaj jednak pojawiło się coś nowego, świeżego i to niezaprzeczalnie stanowi o sukcesie tej pozycji.
Która z nas nie chciałaby mieć tak przystojnego dręczyciela, jakim jest Jared? Z pewnością nie Tate. Znają się od dzieciństwa i zawsze byli najlepszymi przyjaciółmi. Po powrocie Jareda z wakacji – coś się zmieniło. Zaczął traktować ją niczym największego wroga – upokarzał ją przed całą szkołą, poniżał, traktował jak nic wartego śmiecia. I to zupełnie bez żadnego powodu. Stał się dręczycielem, przez którego jej życie przeistoczyło się w koszmar. Ucieczka na rok do Paryża okazała się jedynym wyjściem – Tate wróciła całkiem odmieniona, zdeterminowana, aby już nigdy więcej nie płakać przez Jareda. Wiedziała, że chodzenie z podniesioną głową nie będzie takie proste. Jared znał jej największe słabości, tajemnice i upodobania. Miał ją w garści. Tylko dlaczego się nad nią znęcał? Przecież nic mu nie zrobiła! Jaki sekret skrywał Jared?
Przez całą książkę właśnie tego rodzaju pytania sobie zadawałam – dlaczego on ją tak traktuje? Jedynym wytłumaczeniem było to, że Tate nieświadomie musiała wyrządzić mu jakąś krzywdę. Zakończenie jednak całkowicie wbiło mnie w fotel i wywołało łzy wzruszenia. Muszę przyznać, że Douglas potrafi świetnie dawkować informacje i budować napięcie. Gdy już myślisz, że relacje pomiędzy postaciami się naprostowały, to nagle dzieje się coś takiego, co od nowa wywraca całą historię do góry nogami. Istna jazda bez trzymanki.
Tło fabuły osadzone jest w szkole średniej, a więc duża część akcji rozgrywa się na szkolnych korytarzach oraz imprezach, gdzie królują plotki, romanse oraz walka o władzę. Nie żartuję, to tylko liceum – jednak w każdym z nich jest dziewczyna, chcąca rządzić wszystkimi i chodzić z najładniejszym chłopakiem, jak i facet, który nie nadaje się do stałych związków. Pisarka stworzyła ciekawy i niebanalny obraz życia Tate. Jako już starsza osoba myślałam, że to tematyka trochę nie pode mnie – oczywiście kompletnie się myliłam, bo „Dręczyciel” od razu mnie pochłonął. Prawdopodobnie dzięki głównej bohaterce – nie jest ona głupiutką blondynką, jednak trzeźwo myślącą osobą, która świetnie radzi sobie życiu. Tate nie boi się uderzyć faceta, wyrazić swojego zdania czy też bezmyślnie nie pcha się w ręce Jareda lub innych chłopaków. Bałam się, że wyjdzie z tego Mary Sue, a więc bohaterka zbyt idealna. Myślę, że Douglas jest na granicy, dlatego musi uważać, aby jej postaci były bardziej przyziemne.
Styl pisarki jest lekki, dzięki czemu książkę czyta się płynnie i szybko. „Dręczyciel” głównie opiera się na dialogach, dynamicznej akcji i języku, którym posługuje się młodzież. Nie zdziwcie się, gdy natrafcie na wulgaryzmy – mnie one nie przeszkadzały, bo były częścią tego, kim są postaci i jak się zachowywały. Poza tym, bohaterowie używali ich zwykle pod wpływem emocji, co podkręcało atmosferę. Douglas postawiła na narrację pamiętnikarską, prowadzoną z perspektywy Tate – muszę przyznać, że dzięki jej osobowości i ironicznemu poczuciu humoru książka nabrała charakteru i oryginalności. Co mi przeszkadzało? Autorka wiele razy szczegółowo opisywała ubiór postaci – zbyt często podkreślała, jacy są piękni, a ubrania leżą na nich naprawdę wyjątkowo seksownie. Co za dużo, to nie zdrowo!
Główną zaletą powieści jest przede wszystkim motyw nienawiści Tate i Jareda. Taki wątek zapowiada, że na pewno nie będziemy się nudzić podczas czytania. I taka jest prawda – cały czas coś się działo. Dla tej książki zarwałam noc. Nie mogłam jej odłożyć, musiałam dowiedzieć się, jak ta historia się skończy! Douglas stworzyła niesamowitą chemię pomiędzy postaciami. Tate i Jared byli jak dwa magnesy, mimo, że się nie znosili, to i tak coś ich do siebie przyciągało.
Teraz, co ważne – podobało mi się, że Tate miała szacunek dla samej siebie i nie rzucała się na pierwszych lepszych, umięśnionych przystojniaków. Wyznaczała granice. Potrafiła też przeciwstawić się swoim dręczycielom i znała swoją wartość. To również przykład bohaterki, która nie dała się złamać i cały czas kształtowała swój charakter. Niby cienka książka, a można z niej bardzo wiele wynieść. Pisarka udowodniła, że głupie żarty mogą poważnie komuś zniszczyć życie. Kto zniósłby ciągłe upokorzenie? Nienawiść tłumu? W młodym wieku szukamy akceptacji, chcemy być lubiani, dlatego odwrotna sytuacja, gdy ktoś nas gnębi i poniża – sprawia, że tracimy pewność siebie i powoli zaczynamy wierzyć, że może rzeczywiście nie jesteśmy nic warci. I to jest błąd! Wiele młodych osób jest podobnie traktowanych w szkole, dlatego „Dręczyciel” ukazuje przesłanie – nie dawajcie się, podchodźcie do tego z dystansem i trzymajcie się swoich przyjaciół. I nie dajcie się zniszczyć!
„Dręczyciel” to must have tego roku. Dawno żadna powieść mnie tak nie wciągnęła! Jeśli potrzebujecie dobrego, zaskakującego romansu, to koniecznie sięgnijcie po tę książkę. Historia Tate i Jareda natychmiast Was porwie i wywoła niezliczone emocje, na początku wściekłość, współczucie, później zaciekawienie, a na końcu wzruszenie i łzy. Pełna niedopowiedzeń, pasjonująca, wywołująca rumieńce i trzymająca w niepewności do ostatniej strony. Na koniec proszę tylko o jedno, Penelope Douglas nie zawiedź nas i niech kolejne części będę tak samo dobre i emocjonujące!
Ocena: 4,5/5
Recenzja: Gaba Rutana
Recenzja powstała przy współpracy z portalem
INFORMACJE:
Rok wydania: 2017
Wydawnictwo: Editio
Cykl: Fall Away (tom 1)
Gatunek: romans
Liczba stron: 305

Najlepsze pierwsze zdania książek – top ulubionych

Recenzentki Książek

Otwieracie książkę i czytacie dedykację, wstęp i w końcu – pierwsze zdanie stworzonej przez autora historii. Często jest ono zwykle i z pozoru może wydawać się pozbawione głębi. Musi brzmieć naturalnie, autentycznie oraz nadawać całej powieści jeden określony ton – według tego zdania buduje się styl, jakim napisana jest książka. Idealne zdanie zdradza pewne istotne szczegóły fabuły, a więc kim są bohaterowie, gdzie, kiedy, jak i dlaczego?
Stephen King w jednym z wywiadów przyznał, że nad niektórymi pierwszymi zdaniami swoich książek zastanawiał się ponad rok. Każdy wyobraża sobie pisarza, który pragnie nadać swojej opowieści znaczenia, a więc i rozpocząć ją z przytupem. Czy komuś się udało? Oto top moich ulubionych pierwszych zdań z książek. Zaczynam od klasyki, aby później przejść do powieści współczesnych, tych znanych i tych trochę mniej. 
„Kiedy zachodziło właśnie gorące wiosenne słońce, na Patriarszych Prudach zjawiło się dwóch obywateli.”Mistrz i Małgorzata, Michaił Bułhakow.
„Są tacy mężczyźni, którzy pojawiają się w życiu kobiety, by je dokumentnie spieprzyć na zawsze.”Jak upolować faceta, Janet Evanovich.
„Imo wybrał się pewnego dnia na ryby, ale nie było morza.”Nacja, Terry Pratchett.
„Mam całkowicie przesrane.”Marsjanin, Andy Weir.
„Tyler załatwia mi posadę kelnera, potem ten sam Tyler pakuje mi pistolet w usta i mówi, że aby dostąpić życia wiecznego, trzeba najpierw umrzeć.”Podziemny krąg, Chuck Palahniuk.
“Osobiście widzę to tak: każdemu przydarza się jakiś cud.” – Papierowe miasta, John Green.
“Idea wiecznego powrotu ma w sobie coś tajemniczego.”– Nieznośna lekkość bytu, Milan Kundera.
“Tata powiedział kiedyś, że życie jest jak powolne wchodzenie do jeziora - każde stąpnięcie prowadzi do chwili, kiedy trzeba będzie się zanurzyć, aż zabraknie tchu.”– A jeśli zostanę…, Barbara Ciwoniuk.
“Wszystkie moje samobójstwa były nieudane.”– Kiedy byłem dziełem sztuki, Eric-Emmanuel Schmitt.
“Jak powszechnie wiadomo, Wszechświat - podobnie jak życie toczy się kołem.”– Wieża jaskółki, Andrzej Sapkowski.
“Mawiają w Imardinie, że wiatr ma duszę i jęczy w ciasnych zaułkach miasta, ponieważ smuci go ich widok.”– Gildia Magów, Trudi Canavan.
“Spotkałam go w końcu, mimo że upłynęło wiele lat od chwili, kiedy przestałam szukać.”– Nikt kogo znasz, Michelle Richmond.
„Wszystko to zdarzyło się mniej więcej naprawdę.”Rzeźnia numer pięć, Kurt Vonnegut.
Zacznijmy od końca świata, dobrze? Piąta pora roku, N. K. Jemisin. 
„Szanowny Panie Boże,
Na imię mi Oskar, mam dziesięć lat, podpaliłem psa, kota, mieszkanie (zdaje się nawet, że upiekłem złote rybki) i to jest pierwszy list, który do Ciebie wysłałem, bo jak dotąd, z powodu nauki, nie miałem czasu.”Oskar i Pani Róża, Eric-Emmanuel Schmitt.

Jeśli macie swoje ulubione zdania, to nie zapomnijcie napisać ich w komentarzach!
Przygotowała: Gaba Rutana 

BlogoLinki – półnagi rozbitek, bolączki książkoholiów i co wydarzyło się na Oscarach?

Recenzentki Książek

Luty za nami, a więc czas na BlogoLinki! Jakie blogi czytałam? Które posty polecam? Przed Wami dużo ciekawych recenzji i artykułów. Nie zabraknie serialowego i filmowego dodatku, hej w końcu Oscary za nami! Ostatnio sporo się działo – wiele premier (tyle książek do czytania i tak mało czasu!) oraz kolejne intrygujące zapowiedzi (czy tylko my z Sylwią czekamy na „Pieśń jutra” Samanthy Shannon od SQN?).
Zacznę, od artykułu, który spodobał mi się najbardziej. Każdy z nas jest Książkoholikiem. Czytamy książki, cieszymy się, gdy nam się podobają. Z zadowoloną miną układamy je na półkach, gładzimy lśniące okładki i wyłapujemy genialne cytaty. Jednak... nasze życie nie jest idealne. Są rzeczy, które doprowadzają nas do furii. Kasia z bloga „Recenzje Kasi” zajęła się tematem – Co wkurza większość książkoholików? Warto przeczytać, bo to jest takie prawdziwe! 
Wiecie, że są książki, których nigdy nie przeczytacie? Tak! Niestety! Lektura Obowiązkowa wymienia kilka z nich, np. zaginioną powieść Jane Austen, sztukę Szekspira czy Sylvii Plath. Polecam artykuł – Książki, których nigdy nie przeczytasz. 
(Przynajmniej były słodycze!)
Kto oglądał Oscary? Ja zarwałam nockę, cieszyłam się wygraną Emmy Stone i myślałam sobie, w sumie były całkiem ok, ale jakoś tak nudno. Żadnych selfie, pizzy czy upadków na schodach. I nagle spektakularny KONIEC! Boże, co to był za koniec! Jeśli jesteście ciekawi opinii Zwierza na temat najważniejszej filmowej nagrody, to klikajcie w ten wpis - „We lost by the way” czyli Oscary pod światłem księżyca. 
I serial na dokładkę. Pamiętacie Sawyera z „Lost Zagubionych”? Przyznam, że na momenty, gdy nie miał na sobie koszulki, czekałam najbardziej. Mam dobrą wiadomość, aktora możecie zobaczyć w nowym serialu „Colony”, który zapowiada się całkiem nieźle. Jak pisze Wiedźma na orbicie, to „dramat/thriller o okupowanym przez kosmitów Los Angeles”. Jak dla mnie super! Recenzja serialu – „Kolonia sprzeczności”
I przechodzimy do recenzji książek.
Janusz Leon Wiśniewski to mężczyzna, który doskonale potrafi pisać o uczuciach i kobietach. Istny znawca kobiecej psychiki. I bardzo ciekawy człowiek. Lustro Rzeczywistości oceniło jego nową książkę – „Eksplozje”. Powieść składa się na wywiady z mężczyznami, którzy obnażają przed pisarzem swoją duszę. Lustereczko pisze, że „Przeczytałam i... przepadłam” – też chcę! 



„Mleko i miód” to tomik wierszy, który powinna przeczytać każda kobieta. Aktualnie mam tę książkę w rękach i jest znakomita, magiczna i naprawdę warto się nad nią pochylić. Podobnie sądzi Amanda z bloga Amanda Says – przeczytajcie tę recenzję.
Najnowsza książka od Wydawnictwa SQN przyciąga piękną okładką i magiczną historią. Mowa o „Zakazanym życzeniu”, które zrecenzowała Złodziejka Książek i przyznała, że znalezienie zaczarowanej lampy byłoby całkiem niezłe. Jeśli też się zgadzacie, to klikajcie w link
A co działo się u nas?
Można powiedzieć, że po staremu. Wszystko ok, dzięki, że pytacie! Dużo świetnych książek, kolejne recenzje i nawet konkursy. Do jakich tekstów warto wrócić?
Najlepsi przyjaciele na Friends Day – czyli przypominam najfajniejsze paczki przyjaciół z książek, filmów czy seriali.



"Przygody Sherlocka Holmesa" A. C. Doyle – zaczynam czytać po angielsku i to Sherlocka! Jestem z siebie dumna.
"Hygge. Duńska sztuka szczęścia" – Sylwia rozprawia o tym, czy duńska sztuka szczęście, czyli hygge jest tak fajna, jak mówią.
"Coś o tobie i coś o mnie" – polecam najbardziej urokliwą książkę dla młodzieży, jaką ostatnio miałam przyjemność przeczytać!
Dobra, już wystarczy. Nie będę przynudzać jak Umbridge na OPCM. Może Wy polecicie mi jakiś fajny artykuł do poczytania?
Przygotowała: Gaba Rutana

Coś o tobie i coś o mnie - Julie Buxbaum, czyli w tej książce na pewno się zakochasz

Recenzentki Książek

Błyskotliwa bohaterka, którą od razu się lubi, tajemniczy nieznajomy, chłopak w koszulce z Batmanem oraz koszmarne liceum. Powieść Julie Buxbaum od razu mnie zauroczyła, wzruszyła i sprawiła, że wciąż chcę więcej. Głównie dlatego, że bardzo szybko znalazłam wspólny język z główną postacią, Jessie – inteligentną, dowcipną i kochającą książki. Wiele pięknych dialogów, aluzji zrozumianych przez nerdów i to coś, co sprawia, że od razu zakochałam się w „Coś o tobie i coś o mnie”.
Jessie musi zaczynać wszystko od nowa. Przeprowadza się do Los Angeles, opuszcza swoich przyjaciół i dom, a wszystko dlatego, że jej ojciec ożenił się z bogatą hollywoodzką producentką. Dziewczyna wciąż zmaga się ze śmiercią swojej mamy, a w ponownym stracie nie pomaga fakt, że średnio lubi Rachel i jej wrednego syna. Do tego uczęszcza do szkoły dla bogaczy, w której czuje się kompletnie nie na miejscu. Jest samotna, jeszcze z nikim się nie zaprzyjaźniła, a uczniowie ją ciągle poniżają. Sytuacja zmienia się, gdy dostaje e-mail od ucznia ze szkoły – podpisany Ktoś/Nikt. Na początku są to wskazówki, jak przetrwać szkołę, z kim warto się zakolegować, później ich korespondencja z mailowej przechodzi na komunikatory... Tajemniczy nieznajomy szybko staje się jej przyjacielem, a może nawet kimś więcej.
Pewnie niektórzy zauważą, że relacja Jessie z potencjalnym, niedoszłym nie była zbyt porywająca. Jakoś tak sielankowo, miło, uprzejmie i fajnie. No, cóż. A ja przyznam, podobała mi się ta subtelność, spokój oraz pewna dojrzałość. Jessie zakochuje się w tajemniczym, miłym i trochę nerdowskim chłopaku – ta aura niedostępności podobnie również i mnie zachwyciła oraz przyciągnęła. To postać, która intryguje. Nie jest kolejnym amantem, przystojniakiem skoncentrowanym na sobie, chociaż i tak się wyróżnia. Niemal izoluje się od reszty, ma w sobie coś smutnego, tak, że chciałoby się go od razu przytulić. Dlatego jestem bardzo wdzięczna Buxbaum, bo wniosła do tej książki wiele autentyczności i uroku. Będę ich bronić, bo zasłużyli na miano jednej z sympatyczniejszych literackich par. Szkoda, że autorka nie pokusiła się o kontynuację. Dlaczego poznajemy czas z okresu, gdy bohaterowie robią do siebie podchody, ale nie wiemy, jak było im już jako para? Niejednokrotnie wywołuje to moją frustrację. Ktoś podpiszę się pod zbiorową petycję?
"wiesz co mówią? że poziom zadowolenia ze szkoły średniej jest odwrotnie proporcjonalny do późniejszego sukcesu w życiu.
Naprawdę? W takim razie hurra, bo to oznacza, że zostanę dyrektorem naczelnym całego cholernego świata.
o nie, nie. to ja nim będę."
W książce przewijają się e-maile oraz smsy, jakie postaci do siebie wysyłają. Niektóre są naprawdę urocze i zabawne. Inne rozczulają. Buxbaum jest fanką opisów, które w jej wydaniu uwielbiam, bo zawierają w sobie sporo cudownych, mądrych przemyśleń, są nieco ironiczne i zawsze w punkt. Autorka wie, jak pozornie lekkim zdaniem zbudować emocjonalność całej historii. Wygląda to tak, że czytasz sobie spokojnie, a nagle krótki fragment sprawia, że mimowolnie łzy napływają ci do oczu. Każdy inaczej odbiera określone książki i historie. Ta do mnie trafiła – odkładam ją na półkę z ukochanymi powieściami i na pewno jeszcze do niej wrócę.
Mam swoją listę ulubionych bohaterów literackich, z którymi chętnie wyszłabym na kawę i porozmawiała o życiu oraz książkach. Jessie do nich należy, a dzięki narracji pamiętnikarskiej jeszcze bardziej jesteśmy w stanie poznać tę postać i jej sposób myślenia. Trzeba wspomnieć, że Buxbaum, jak na książkę młodzieżową wykreowała trochę zbyt dojrzałą emocjonalnie bohaterkę, jednak wierzę, że wiele dziewczyn w wieku szesnastu lat również ma osobowość czterdziestolatki. Jessie to właśnie przykład starej duszy. I nie tylko ona, bo „Coś o tobie i coś o mnie” jest wypełnione świetnymi postaciami, które od razu polubiłam. Powieść może pomóc każdemu, kto zmaga się ze stratą kogoś bliskiego. Podobało mi się również to, jak kształtowała się nowa rodzina Jessie, jak zawiązała znajomości i odnajdywała się w towarzystwie. Nie ma tutaj przesadnych dramatów, wielkich emocjonalnych wybuchów płaczu czy przejaskrawienia samej historii do czegoś tak nierzeczywistego, że potem, aż trudno to się czyta. Jest autentycznie. Bohaterowie są normalni, mają ironiczne poczucie humoru i podchodzą do życia z dystansem, a przede wszystkim posiadają mózgi. Jestem na tak!
Tytuł okazał się fajnym nawiązaniem do fabuły książki, cieszę się, że przetłumaczyło go w ten sposób. Jednak oryginalny tytuł "Tell Me Three Things" - "Powiedz mi trzy rzeczy" też by świetnie pasował. Ogólnie cała seria „Uwaga młodość” jest warta uwagi i nie tylko ze strony młodzieży – ja sama już do niej nie należę, ale bardzo lubię czytać tego rodzaju książki.
Urocza powieść Julie Buxbaum to idealny sposób na umilenie sobie wieczoru. Ta pozycja całkowicie mnie porwała i zachwyciła. Oryginalni bohaterowie, pomysł niczym z kultowego filmu „Masz wiadomość”, cudne dialogi i humor, który od razu do mnie trafia, to tylko mała część powodów, dlaczego musisz przeczytać „Coś o tobie i coś o mnie”. Można się rozmarzyć i to porządnie!
Ocena: 4,5/5 
Recenzja: Gaba Rutana
Za możliwość przeczytania książki dziękuję,
INFORMACJE:
Rok wydania: 2017
Wydawnictwo Dolnośląskie
Gatunek: literatura młodzieżowa
Liczba stron: 304

Tłumacz rzeczy. Złożone sprawy w prostych słowach - Randall Munroe, czyli świat w prostych słowach

Recenzentki Książek

Lubię książki dziwne, nietypowe, inne. Podoba mi się, kiedy zaskakują swoją formą i wnętrzem. Nie muszą to być powieści – chociaż w ich wypadku zawsze doceniam dodatki w postaci map, słowników itd. – mogą być to np. poradniki. Albo bliżej nieokreślone cuda. I właśnie takie cudaśne coś będzie obiektem mojej dzisiejszej analizy i recenzji. Mowa tutaj o książce „Tłumacz rzeczy. Złożone sprawy w prostych słowach” od Randall’a Munroe’a – autora książki „What if? A co gdyby?” oraz twórcy xkcd.

W przypadku książek, które w znacznym stopniu opierają się na ilustracjach zawsze jest taka jedna strona, która zapada mi w pamięć. I to właśnie dzięki niej postanawiam zapoznać się z daną pozycją. W przypadku „Tłumacza rzeczy” był to przekrój satelity. O moim zamiłowaniu o astronomii wiedzą wszyscy, którzy śledzą moje recenzje, wystarczyło więc ze zobaczyłam jeden obrazek opisany bardzo prostymi słowami, przedstawiający satelitę okołoziemską i wystarczyło mi, aby w głowie zapaliła się lampka z napisem „to może być ciekawe”. I nie myliłam się. „Tłumacz rzeczy” to nic innego jak… tłumacz rzeczy. Wiem, nie jest to twórcze, odkrywcze, ale chyba najlepiej opisuje, na czym polega ta książka. A mianowicie, mamy w niej poruszone tematy z astronomii, przyrody, geografii, a także rzeczy codziennego użytku i ich budowa oraz działanie opisane jest najprostszymi z możliwych określeń i słów. 

Na pierwszy rzut oka wydaje się to trochę dziwne. Zastanawiałam się nawet czy to książka dla ludzi, którzy całe życie spędzili w bunkrze, sto metrów pod ziemią i nie wiedzą, o co chodzi w obecnym świecie. Jednak, czym bardziej zagłębiałam się w treść tym częściej powtarzałam: to jest naprawdę fajne!

Myślę, że „Tłumacz rzeczy” nadaje się dla większych rzeczy (10-15 lat) żeby rodzice mogli im dobrze wytłumaczyć trudniejsze zagadnienia. Dodatkowym atutem poza kompleksową i ciekawie przedstawioną wiedzą, jest humor autora. Dodaje on w nawiasach śmieszne ciekawostki. Tę pozycję polecam także uwadze nauczycieli, którzy mogą dzięki jej pomocy bardzo urozmaicić zajęcia.

Dlaczego książka nie dla młodszych? To mimo wszystko pozycja naukowa i jej tematykę nie przyswoją mniejsze dzieci. Drugą sprawą jest jej kolorystyka – zachowana w kolorze białym i granatowym. Dzieci wolą większą paletę kolorów, a tutaj nie ma jej w ofercie.

Tak jak już mówiłam, to dziwna książka. Czy potrzebna? Wbrew pozorom tak. Na pewno rozwija i uczy, a zarazem bawi. Cieszy posiadacza i idealnie nadaje się na prezent. Ja jestem bardzo na tak i Was także zachęcam do zapoznania się z jej wnętrzem. „Tłumacz rzeczy” to coś innego. Wreszcie. Doceniam i chcę więcej. 
Ocena: 5/5
Recenzowała: Sylwia Czekańska
Za egzemplarz dziękuję:
Wydawnictwu Czarna Owca

INFORMACJE:
Rok wydania: 2016
Wydawnictwo: Czarna Owca
Liczba stron: 72 (format większy niż A4)
Gatunek: nauka